Nie chciej mądrego, szukaj sobie głupca...
Tu śpiew został przerwany przez ogromne śmiechy i oklaski. Pan Kazimierz, który siedział odwrócony od ulicy, obejrzał się i teraz dopiero postrzegł, że na wszystkich tarasach, jak mógł okiem sięgnąć i w prawo, i w lewo, siedziało także mnóstwo osób: gospodarze przy szklenicach, panie i panny z robótkami; dzieci bawiły się na schodkach. Wszystkie te grona słuchały z wysokim zajęciem nie znanej dla wielu pieśni Klonowicza, a ostatnie słowa, dobrze trafiające do ich kupieckiego zmysłu, wywołały wielką wesołość. Zaraz też towarzystwa innych ganków odpowiedziały na ten śpiew innym śpiewem: jedni wykrzykiwali pustackie Gaudeamusy523, drudzy niemieckie bajeczki o Mądrym lisie524. Na poprzecznej ulicy ozwał się nawet któryś z chorałów Lutra.
W tym chaosie głosów trudno było myśleć o dalszym śpiewaniu Flisa. Pan majster odezwał się do pani Flory:
— Przeszłabyś Frau525 lepiej do nas.
I podał jej rękę. Ona położyła lutnię, weszła na ławkę i przeskoczywszy przez obie poręcze stykających się z sobą ganków, usiadła obok pana Schultza.
— Prezentuję wacpani wielkiego u mnie gościa. Oto imci pan Kazimierz Korycki, erbu Prus, oficyjer królewski od Wodnej Armaty. A oto pani Flora Korwiczkowa, wdowa po moim dobrym somsiedzie526, co był sławetny pan Bonifacjusz Korwiczek, majster-pasamonik527, i to majster nad majstrami. Takiego drugiego nie mamy już w Dantzigu.
Tymi słowy zapoznawszy swoich gości, pan konsul zaczął opowiadać pani Florze dziwną przygodę, dzięki której Hedwich, jako się zdaje, odnalazła brata i familię. Piękna wdowa, słuchając z niezmiernym zajęciem, spoglądała kolejno spod oka to na pana Schultza, to na pana Kazimierza, jakby w duszy chciała ich obrazy porównywać i coś z onych porównań wysnuć.
Pan Kazimierz przyglądał się jej także pilnie i nie bez podziwu. Ubiór i postać tworzyły tu zupełne przeciwieństwo: ubiór był żałobny, surowy, smutny; z całej zaś tej fertycznej528 osóbki biło tyle zdrowia, blasku i wesołości, że wszystko razem wyglądało tak, jak gdyby kto czarną wstążką przewiązał pęk róż stulistnych. Pani Flora była istotnie podobna do róży, pierś miała wypukłą, na licach kwitnące rumieńce. Musiały jednak pod tą wabnością529 kryć się kolce nieugiętej woli, bo wkoło warg rozkosznie rozchylonych snuł się ciemny meszek, a spod brwi prawie czarnych, równych, długich (zadziwiająco równych i długich...) świeciły oczy podbójcze, na których dnie połyskiwało coś twardego jakby stalowa blaszka.
W owym też na pozór skromnym ubiorze po bliższym rozpatrzeniu wzrok odnajdywał mnóstwo szczegółów świadczących, że piękna wdówka więcej musiała myśleć o żywych niżeli o umarłych. Suknia była wprawdzie z czarnej wełny, kołnierz płócienny gładko wywinięty, ale jedno i drugie skrojone tak prześlicznie, noszone z takim wdziękiem, że i różowa szata nie wydałaby się weselszą. Miała też na głowie czepiec wdowi, jak przystało, z czarnych nicianych koronek, ale jego maleńki okrąg był tak zalotnie przypięty i swoim aksamitnym języczkiem tak zaczepnie na czoło się wysuwał, że przywodził myśl o ślubnym wieńcu. Miała też na sobie i trochę klejnotków, jedynych, jakie w czasie żałoby godziło się nosić. Były to trupie główki z białej kości, powiązane ogniwami ze srebra, wyrobionymi w drobniutkim kształcie parzystych nietoperzowych skrzydeł; oprócz takich manelek530 i zausznic miała jeszcze u pasa i srebrną banieczkę, którą czasem podnosiła dla wąchania, a ile razy odetkała trupią główkę, tworzącą jej koreczek, wnet cudne zapachy rozchodziły się po całym ganku.
— Co wacpani za eliksiry z sobą nosisz? — zapytał pan Kazimierz.