— Ach, jakoż nie mam nosić? Mnie na chrzcie świętym dano Flora531 i ja też, jako ona bogini, bez kwiatów usycham, a tu przy tych kirzech nie mogę się nimi obsypować, więc chociaż ich wonnościami się pasę.
— I długoż to jeszcze dla wacpani tych kirów?
— Ach, jeszcze całe dwie niedziele532. A potem już koniec. Jeno w sercu nie koniec. Do grobu ja będę płakała po moim nieboszczyku. Jak on adorował swoją Florę! Nigdym nie widziała równie zacnej pasji533. Cudny to był człek. Szkoda jeno, że kostera534. Aleć też Pan Bóg srodze go pokarał. Nazbyt człeczyna miłował kosteczki, no i teraz już z niego nic, jeno kosteczki.
Pan Kazimierz lubił krotochwile535, ta jednak nie w smak mu poszła; przyciął usta i zamilkł.
Pani Flora też już na niego nie zważała. Zwróciwszy się całą postawą ku panu Schultzowi, weszła z nim w żywą rozmowę, przy czym co chwila pokazywała w śmiechu swoje wiewiórcze ząbki albo przyglądała się swojej rączce ubranej pierścieniami.
Młodzieniec widząc, że starsi państwo na niego nie baczą, wstał i przystanął za krzesełkiem Hedwigi. Miał ochotę powiedzieć jej niejedno słodkie słówko, ale go korciła obecność Korneliusa tuż poza nimi siedzącego.
Pochylił się więc do jej ucha i szepnął:
— Czy to ten czeladnik zawdy tak z wacpaństwem siedzi w kupie?
— A zawdy. Co robić? Dobrodziej wielce go konsyderuje536. Ale dla mnie to utrapienie.
— A! I z jakowej racji?