— A toś wacpan trafił w samo sedno. Dobrze to taką być. A ja tego nie umiem, ja się każdego stracham.

— Uważasz no wacpanna, jak ta pani Flora mizdrzy się do pana Schultza? Czy oni mają się k’sobie541?

— Ach, dałby to Bóg!

— Tak powiedasz wacpanna? Dałby to Bóg? A mnie się widzi, jako pan Schultz bliżej sobie szuka żonki.

— Skąd się to waszmości uwidziało?

— Bo mi sam gadał.

— Więc on o tym gada? O Boże, jakaż ja nieszczęśliwa!

— Tedy wacpanna tego nie masz w życzeniu?

— Och, nigdy! Ja dobrodzieja respektuję542 z afektem543 jak oćca i nazywałam go zawdy „faterkiem”544, aleć od śmierci pani Doroty i tego mi zakazał. Nie wiem, jak mam gadać do niego, więc gadam: „dobrodzieju”. Co to za nieszczęście, że ta kochana pani Dorota zmarła! Za niej wszystko było dobrze. Ale ja tego nie zrobię. Jam jej obiecała, że nigdy nie pójdę za lutra. Dosyciem ja się napatrzyła, jaka to dezolacja545, kiedy mąż innej wiary, a żona innej.

— Bardzo ja szczęśliw, że wacpanna jesteś takowej rezolucji546.