— Wielkie to szczęście...

Ale w głębi serca inny jakiś głosik odzywał się markotno:

— Więc to tylko brat?

I znów cieszyła się myślą, że go jutro zobaczy, ale gdy wspomniała o jego wyjeździe, ogarniało ją takie osmucenie607, że miejsca sobie znaleźć nie mogła, i gdy na koniec twardy sen młodości zmorzył wszystkie rozmyślania i troski, śniło jej się, że pan Kazimierz mówi: „Nie jestem bratem wacpanny i nigdy nie wyjadę, nigdy!”

Majster Johann i Kornelius najdłużej zostali na ganku. Pan Schultz, rad dzisiejszej przygodzie, dopijał reszty ostatniego kufelka i tak sobie mówił:

— Dobrze to, że znalazła się familia. Nie takie ci familianty608, jak myślałem, ale zawdy będę miał żonę szlachciankę. Trzeba tylko przyśpieszyć ceremonię; niech jeno ów braciszek wyjedzie, ja zaraz krzyknę: „Hedwich, kłaść mi szlubny welon, ein, zwei, drei609, do ołtarza!” Bo jakby ociec zastał ją frajleiną, toby gotów jeszcze wziąć mi ją sprzed nosa, a jak ją zastanie już panią konsulową, to będzie musiał kłaniać się panu zięciowi.

Tu rozweselony myślą bliskiego małżeństwa zwrócił się do Korneliusa:

— No cóż ty, nic nie mówisz? Ten oficyjer to ucieszny610 kompan!

— A wie pan majster, kto to taki?

— Ano przecież sam powiedział, Kazimierz Korycki, erbu Prus.