— Jutro nie jutro... a bo ja wiem? Taka jeszcze na mojej głowie kupa jenteresów, że i bożek Atlas583 by ich nie wyrychtował584. Tak czy owak, zawdy ja tu jeszcze jutro zajrzę i pokłonię się mojej pannie siostrze. Ergo585, bez adiusów586, jeno do zobaczenia!

— Do zobaczenia! Do zobaczenia! — powtórzyli wszyscy i rozeszli się, ale każdy z innymi myślami.

Pan Kazimierz, wracając do gospody, bił się pięścią po piersiach i powtarzał:

— Licho mię tu przyniosło do tego Bursztynowego Domu! Ta stokrotka utknęła mi tutaj nie jakby kwiatuszek, jeno jakby cierń. A to wszystko się na nic nie zda. Siostra mi ona żadna, to już wiem dokumentnie. Ożenić się z nią nie ożenię, boć to znajdek, może i dziecko szlacheckie, tak się widzi z onych forbotnych szatek, wszelako zawdy tu klejnot587 podejrzany. Ładnie by mię pan ociec przyjął, jakby ja mu przywiózł takową pół mieszczkę, a pół zaklętą królewnę! Bo to rosło u jakowychś majstrów, a chowane w delicjach588, nic tylko stąpać po perskich kobiercach, jeść na włoskich emaliusach, odziewać się w tureckie altembasy589. Co by też i ona powiedziała, gdyby jej tak wykrygowanej przyszło siedzieć w naszych bielonych izdebkach, jeść z cynowej misy na stole krajką590 przykrytym abo chadzać z dziewkami do krów? Nie, ciężka to aflikcja591, wszelako prosty rozum gada: „Ni ona dla cię, ni ty dla niej”. Trza jachać. Nie będę jej widział, to powoli ten śliczny konterfekt wyskrobie się z rekordencji592; wszak ci nie jeden i nie dziesięć już się wyskrobało. Tedy pojadę, jeno jeszcze nie jutro. Jeden dzień, jeden mały dzionek jeszcze sobie akorduję593: bez jeden dzień przecie korona z głowy nie spadnie; tylko raz jeszcze obaczę te śliczności, posłucham tego paradyzowego594 świergotku. Trzeba mieć i nad samym sobą odrobinę zmiłowania: owóż zrobię sobie prezent ze dnia jutrowego595, ale potem już bez pardonu jadę i póki życia już nie wrócę.

Takie czyniąc postanowienia, pan Kazimierz ani się domyślał, że w tymże czasie pani Flora wcale596 inaczej rozporządzała jego losami.

Wszedłszy na swój mały tarasik, jeszcze raz obejrzała się za odchodzącym porucznikiem i tak sobie przyszłość zaczęła rozbierać597:

„Chłop jak ulany, nie ma co gadać, i orator598 wdzięczny, i śpiewa jak Orfeus599. Pomyśliłam ja sobie z początku, że może on dla mnie dobry? Ale potem widzę, że nie. Pono to chudopachołek600, pan na czterech czy pięciu chłopach601. Wolę ja mego rajcusia i jego złoconą kamienicę. Wszelako i tamten mi się przyda: wyswatam za niego Hedwigę, bo ja nie wierzę w tę bajkę o zgubionej siostrze. On taki jej brat, jak i mój, widziałam to z oczu; brat by tak nie patrzał po diabelsku na dziewkę. Frant602 z niego! Ukuł tę dykteryjkę603, byle nos wściubić do jej konfidencji. A niech ją bierze zdrów, ona mi srodze zawadza. Jak tylko Johann pochował tę biedną Doroteę, zarazem sobie powiedziała604: »Panie konsulu, będziesz ty mój i twoja kamienica będzie moja«. A co ja powiem, to zawsze się stanie. I teraz by my już byli pewnie po akordaliach605, żeby nie ta smarkata, co mu precz w oczy włazi; póki będzie ją miał w domu, to stary nie wyjdzie z wariacji. A ona nie zna się na nim, co młode, to i głupie, będzie wolała lada awanturnika, byle miał wąsik smolony i ładnie pobrząkiwał mieczykiem. Niechże sobie jadą za morza, a mnie zostawią starego, tak i dla nich, i dla nas będzie dobrze”.

Jakież tymczasem były myśli samej Hedwigi? Te trudniej określić, bo doznawała i uciech, i smutków, których sama sobie nie mogła wytłumaczyć. Wracając do swojej prześlicznej panieńskiej komnaty, na każdym zakręcie schodów szeptała z upojeniem:

— Tu go widziałam... i tu jeszcze... i tu... tego najmilszego... brata. Więc to brat? Ano, chwała Bogu, wielkie to szczęście znaleźć brata... Niepróżno606 też to zara w pierwszej chwili tak serce we mnie do niego się wyrwało... Tak, to pewnikiem brat...

I ustami powtarzała: