I znów chwila ciszy. Tak trąbienie i śpiewanie, przeplatane koleją580, zbliżało się coraz donośniej, aż w głębi ulicy ujrzano dwóch pachołków miejskich nadchodzących mierzonym krokiem. Jeden z nich, w stroju paskowanym czarno i czerwono, kończył właśnie swoje żałosne wygrywanie; gdy się zbliżali do Bursztynowego Domu, opuścił od ust trąbę, a wtedy drugi pachołek w szafirowo-brunatnym ubiorze, znajomy już nam Kuba Grubasek, przystanął i z całych piersi przeciągle zaśpiewał:

Już dziesiąta na zegarze,

Idźcie do snu, gospodarze!

Strzeżcie ognia i złodzieja,

Chwalcie Boga Dobrodzieja!

Skończywszy swoją zwrotkę, uderzył ciężkim berdyszem581 o ziemię i obaj poszli dalej, na przemian trąbiąc i śpiewając.

Po ich drodze na wszystkich tarasach powstawał wielki ruch: odsuwano stołki, żegnano się już na dobre i rzucano sobie od ganku do ganku stokrotne „dobranocki” albo „gutenachty582”.

Towarzystwo złotego ganku rozeszło się jedno z ostatnich. Kazimierz tak był upojony, że nie mógł się oderwać od swojej panny siostry. Coraz to nową powiastką, to nową krotochwilą przedłużał rozmowę, a gdy wszyscy już powstawali i gdy pan majster zapytał:

— Tedy wasza miłość jutro jedziesz?

Zawahał się i odrzekł: