Pan majster, przeciwnie, opiwszy się piwa, teraz już tylko jadł, ale też za czterech. Kornelius pomagał mu w milczeniu. Pani Flora jadła jedynie to, co było słodkie i pachnące. Hedwiga nie jadła wcale. Rozmarzona, mówiła i chodziła jakby przez sen; nie ominęła jednak żadnego z obowiązków dobrej gosposi, nakładała na talerze, dolewała do kielichów, a pan Kazimierz pomagał jej bardzo pięknie; rozkroił nawet na powietrzu kapłona578 — co jest majstersztykiem kawalerskim — a chociaż Kornelius twierdził, że „u nas w Amsterdamie inaczej się ptactwo krawa579”, wszelako na ten raz nikt Holendra nie słuchał i nowy krajczy uzyskał ogólny poklask.
Po wieczerzy myśli zrobiły się jeszcze różowsze, rozmowy jeszcze strzelistsze. Od ulicy do ulicy brzmiały żarty i śpiewki; na jednych gankach urządzano gry pełne psikusów i śmiechów. Na innych toczyły się zażarte rozprawy o cenach pszenicy i budulca, o nowych ocleniach i podatkach. Gdzieniegdzie nawet już lutrzy z katolikami brali się do gwałtownych dysput.
Z nagła wszystkie rozmowy przycichły; zaczynała bić godzina dziesiąta. Najprzód wydzwonił ją poważnie, powoli jeden z większych zegarów miejskich. Słuchacze rachowali uderzenia i po ostatnim niejeden głos się odezwał:
— Jaka szkoda, że już!
Potem inny zegar zaczął wygrywać prześlicznego, dzwonowego kuranta, potem kilka innych na raz odezwało się w różnych dźwiękach, to szklistych, to spiżowych, i wszystkie te dźwięki napełniły miasto muzyką nadpowietrzną.
Goście gankowi powtarzali chórem:
— Szkoda! Taki chłodek! Tak tu dobrze! Co robić? Trzeba iść doma.
Nikt jednak się nie ruszał. Już ostatni zegar zamilknął, a wszyscy jeszcze siedzieli, jakby w oczekiwaniu jakiegoś ostatecznego znaku.
Na koniec i ten znak się pojawił.
Z dalekiej ulicy nadleciał dźwięk trąby przeciągły, żałosny, długi. Potem chwila ciszy. Potem jakiś głos męski zaśpiewał zwrotkę pieśni, żałosną, przeciągłą, długą.