— No dobrze, ale teraz nie zima i słońce już zaszło, to po co?

— To może wedle571 kurzawy abo może wedle „urocznych oczów”572?

Gdy tak młoda para śledziła przechodniów, ci śledzili ją niemniej ciekawie. W owych salonach pod otwartym niebem, jakimi są tarasowe ganki, życie gdańszczan (przynajmniej w letniej porze) upływało tak jawnie, że wszelka zmiana w tym życiu zwracała zaraz powszechną uwagę. I tu cała ulica spostrzegła niebawem, że na tarasie pana Schultza znajduje się gość nowy i świetny. Szeptano sobie o tym żarty i prognostyki573, a panny pod różnymi pozorami przechodziły tam i sam przed gankiem Bursztynowego Domu, aby lepiej się przyjrzeć kawalerowi o płomiennych oczach i aby z żalem zauważyć, że te oczy zwracały się wyłącznie ku pannie Hedwidze.

Powoli zmierzch zapadał i gwiazdy zaczynały wypryskać na niebo. Ulice dosyć wąskie, a obudowane wysokimi gmachami zaciemniły się prędzej niż place i ogrody. Toteż służba zawieszała na tarasach różnobarwne latarki; gdzieniegdzie nawet stawiano nieosłoniony lichtarz574, bo wieczór był tak ciepły i cichy, że świeca paliła się spokojnie jak w izbie. Wszystkie te światełka, migocąc między zielenią doniczek, odbijając się w złotych kratach i malowanych szklenicach, nadały obrazowi zupełnie inną, czarodziejską cechę. A pod tym czarodziejstwem snuła się wesoła rzeczywistość. Wkrótce też zaczęły dzwonić noże i półmiski, balsamiczne powietrze napełniło się mniej wykwintnymi, ale za to smakowitymi zapachami potraw, na każdym tarasie zastawiano wieczerzę.

Mina także przyniosła najpierw pyszną latarnię o złocistych prątkach i cudnie rżniętej bańce, którą zawiesiła u spiżowego wąsa umyślnie wbitego na ten cel nad oknem. Potem stół obciągnęła prześlicznym flamandzkim obrusem i zaczęła na nim ustawiać różne wytwomości.

Pan Kazimierz, spostrzegłszy te przygotowania, wziął czapkę i niby chciał odchodzić. Ale Hedwiga spojrzała na niego błagalnie i dygnąwszy, mówiła:

— O Jezu! Waszmość jutro masz jachać, darujże nam jeszcze te ostatki. Siostra prosi uniżenie.

Pan majster, który był dnia tego w doskonałym humorze i któremu pani Flora tłumaczyła przed chwilą, „w jak dobrą komitywę powinien wejść z familią Hedwigi”, także gwałtem przytrzymał gościa. Siadł więc pan Kazimierz ze wszystkimi do stołu nie tyle dla jedzenia, ile dla podziwiania zastawy; bo jakżeż ten stół był ubrany! Co za misy malowane, jak obrazki! Co za kielichy, majaczące jakby drogie kamienie! A te flasze w złocistych siatkach! A te pokrywy na półmiskach całe srebrne, wypukło wzorowane, jakby jakieś damasceńskie575 hełmy!

„Ach! — myślał sobie. — Już chyba i król na Wawelu nie siedzi przy sutszym stole”.

Samo jedzenie mniej mu się podobało. Była wprawdzie i krucha zwierzyna, i drób dobrze karmiony, ale były też i niemieckie specjały, niezrozumiałe dla szczeropolskiego podniebienia: jakieś gruszki z kluskami, jakieś ziółka ze śledziem. Pan Kazimierz byłby wolał zrazy z kaszą albo groch z kapustą; niewiele też jadł; za to pił z przyjemnością to złote goldwasery, to wytrawne węgrzyny576, to słodki alikant577.