Wszakże mimo własnych rozumowań majster się zatroskał i zamyślił. Ale po chwili uderzył pięścią w stół i zawołał:
— Jest! Mam argument. To nie może być ksiądz przebrany. Widziałeś jego wąsy? Galanckie614, co? Skąd by ich wziął615 jezuita? Musiałby z rok czekać, nimby się takich dochował.
— Panie majster, oni mają na wszystko sposoby. A od czego czary?
— O ho, ho! I jezuita, i czarnoksiężnik. Niedługo już z nim na stos! E, głupstwa gadasz, nie psuj mi próżno głowy.
To mówiąc, wstał i, oparłszy się na ramieniu Korneliusa (bo piwo go trochę z nóg ścięło), skierował się ku sieni, a po drodze mówił:
— Głupstwo czy nie głupstwo, zawdy trzeba już z tą Hedwigą skończyć, bo strzec panny w domu, to lepiej z fajerką616 siedzieć kole Pulverturmu617.
Ledwie pan wyszedł, zaraz Mina zjawiła się na ganku dla pozbierania kufelków i wszelkich sprzętów ruchomych.
I na innych tarasach służba gospodarzyła, sprzątając reszty wieczerzań, wynosząc stoły i krzesełka, zdejmując dogasające latarki. Potem zaczęło się zamykanie drzwi okutych; jedne po drugich zapadały z głuchym łoskotem, z ciężkim zasuwaniem ryglów, zakładaniem sztab i zgrzytem kluczów. Kto na piętrach jeszcze palił światło, ten pilnie zasuwał okna lub wynosił się do izb wewnętrznych, ażeby ront618 powracający nie kołatał mu do drzwi z przestrogą. Czasem jeszcze wśród wysokich donic tarasowych jakaś zapóźniona czuła para zamieniała ostatnie szepty, ale i ta nikła we dwie strony, gdy uderzenie berdyszów o ziemię zdradziło zbliżanie się nocnych stróżów. Z wolna wszystko przycichło i przygasło. Zegary wybiły jedenastą; wtedy zabrzmiała w powietrzu cudowna muzyka złożona z trąb i fletów, muzyka, która od wieków całych zawsze w owej przedpółnocnej godzinie odzywa się na kościele Świętej Katarzyny619, jakby przedsenna modlitwa usypiającego miasta — i gdy ostatni dźwięk fletu rozwiał się wysoko, nic już nie świeciło nad Gdańskiem, tylko tysiączne gwiazdy ciepłej letniej nocy odbite w czarnych kanałach spichlerzowej Wenecji, w brylantowych szybkach kamienic i w marzeniach serc rozkochanych.
IV. W Arturowym Dworze
W sześć tygodni później, o tejże wieczornej porze na głównym placu gdańskim panował ruch wielki, a przy tym i wesoły. Z olbrzymich okien Artusowego Dworu620 biła na pół placu olbrzymia łuna; z najbliższych i najdalszych ulic wysypywały się pachołki z pochodniami, a za nimi szły wystrojone gromady mężów i niewiast, młodzieńców i panien. Wszystkie ciągnęły do Artusowej sali, gdzie miasto dnia tego wyprawiało walną taneczną zabawę.