Po śmierci pani Doroty spostrzegł, że sam pan majster chce zająć marzone przez niego miejsce.
Wpadł w rozpacz — znienawidził swego zwierzchnika, jednakże się z nim nie rozstał.
Miłość jego stała się beznadziejna i posępna, a jednak jeszcze podszeptywała mu jakieś półsłówka, na które złośliwie się uśmiechał. Wiedział, że Hedwiga w związku z panem Schultzem nie może być szczęśliwą643, a zatem — kto wie? Może jemu przypadnie udział pocieszyciela? Dawno znajomy, zawsze pod jej ręką — a przy tym tak wiernie, tak szalenie zakochany — on może prędzej niż inny... Nie będzie to już takie wielkie szczęście jak posiadanie jej dozgonne, ale i kradziony skarb zawsze skarbem, a przy tym co za rozkoszna zemsta nad tym niegodziwcem panem Schultzem.
Znienacka, wśród owych już zachmurzonych, ale jeszcze przyjemnych marzeń, jak piorun z nieba spadło zjawienie się pana Kazimierza — i na ten raz Kornelius uczuł, że gmach jego przyszłości już do podwalin się rysuje, że to nieprzyjaciel stokroć groźniejszy od majstra Johanna, bo tamten zabierał tylko rękę Hedwigi, a ten wykrada mu jej serce. O tak, wykrada! Kornelius od pierwszej chwili spostrzegł olśniewające wrażenie, jakie młody junak sprawił na Hedwidze, i odtąd co dzień dopatrywał644 nowe objawy budzącego się w niej uczucia, nagłe rumieńce, smętne zadumania i niespodziane wybuchy radości — wszystkie owe znaki sercowego rozkwitu, na które on tak dawno czekał, a które teraz — niestety — zwracały się nie ku niemu, ale ku temu posłowi nieszczęścia! Och, on się znał na miłości, on, co tak dawno i zawzięcie kochał! Toteż nie mógł zrozumieć spokoju pana majstra, trząsł się ze zgrozy na jego zaślepienie, gwałtem chciał mu oczy otworzyć i byłby w końcu pewnie dopiął celu, gdyby nie pani Flora, która ze zwykłą sobie przenikliwością dostrzegła niebezpieczeństwo, jakie od tej strony zagraża, i zażegnała je makiawelskim645 orzeczeniem Divide et impera646. Zaczęła pana majstra podjudzać na Korneliusa. W każdej niemal rozmowie dziwiła się, „dlaczego tak znaczny jak on personat647 postponuje648 się ze swoim czeladnikiem i pozwala mu nos wtykać w domowe sekreta649”.
Pan majster (który miał słabość do pani Flory i wielce sobie cenił jej zdanie), połechtany w swojej próżności, zaczął lekceważyć Holendra, zaprzestał z nim żartów i zwierzeń i tak go z wolna od siebie odsunął, że chłopiec, karmiony ze wszech stron upokorzeniami, zaciął się w milczeniu i już prawie wcale nie wychodził z warsztatu.
Nie tylko pod tym względem, ale i pod wszelkimi innymi pani Flora stała się istnym duchem opiekuńczym dla dwojga zakochanych, którzy nie podejrzewając, aby piękna wdówka mogła w tej opiece mieć jakie osobiste widoki, nie znajdowali dla niej dosyć słów dziękczynnych i z pełnym zaufaniem otwierali jej dusze. Pani Flora była nieprzebraną „w amorowych fortelach”. Z dziwną sztuką umiała zagadywać i sobą wyłącznie zajmować pana Schultza, dzięki czemu tamci mogli wedle woli rozmawiać na uboczu. Hedwidze powtarzała jak najwierniej pochwały i wykrzykniki, z jakimi Kazimierz odzywał się o niej, a Kazimierza wtajemniczała w najskrytsze panieńskie zwierzenia. Czasem nawet rzeczy tak zgrabnie ułożyła, że niby trafem schodzili się w jej domu, a chociaż te schadzki były krótkie, poważne i zawsze pod jej okiem odbywane, jednak przedstawiały dla nich nieocenioną chwilę swobody, w której, uwolnieni od oczu majstra i Holendra, mogli na koniec odwiązać maskę przybranego braterstwa. Bo i pani Flora już razem z nimi śmiała się z owej „maszkarady”. Pan Kazimierz nie potrzebował nawet czynić jej w tym przedmiocie żadnych wyznań, sama je uprzedziła. Kiedyś, gdy przed nią utyskiwał na milczenie pana miecznika, rzekła do niego:
— Nie kpij z białogłowy, panie oficyjerze. Aniś waszmość pisał do oćca, ani czekasz od niego responsu.
— Jakoż to? — podjął zmieszany pan Kazimierz.
— A tak, jako ja mówię. Waszmość wykoncypowałeś650 takową halegorię651, aby łódkę swego afektu przeprowadzić między rafami przeciwnych sobie humorów. I wcale się to waszmości nie gani. Bosman jako może lawiruje, niby kręci na prawo, a w rzeczy652 jedzie na lewo i mądrze czyni; milszać653 mu jego szkutka niżeli wola srogich akwilonów654.
— Nie będęć655 ja się z wacpanią spierał, kiedy prorocko czytasz w sercach. Owóż, upraszam jeno, abyś mię przyjęła pod banderę swojej protekcji656, a tuszę sobie, że z takowym sygnałem dopłynę do fortunnego657 portu.