Mówiąc to, wpatrywał się bacznie w Hedwigę i dostrzegł z radością, że i jej te słowa najwidoczniej przyniosły ulgę. Odtąd stała się nieśmielszą, ale zarazem i czulszą, przy czym zdradzała jakieś tajemne uszczęśliwienie, którego dawniej nigdy w niej nie dostrzegał.
Wprawdzie ta szczęśliwość była dla Hedwigi zamącona pewnym niepokojem; pan Kazimierz prosił ją, a nawet stanowczo żądał, ażeby wiadomość o liście pana miecznika zachowała tylko dla siebie, „gdyż — mówił — niech pan konsul jeno się dowie, że my nie familia, zara będzie chciał mię od wacpanny eksulować639, przy czym on abo ja możemy położyć głowę”.
Prawa dusza Hedwigi wzdrygnęła się na taką nieszczerość, mniej wszakże, niż byłaby się wzdrygała dawniej. Gdyby pan majster był pozostał dla niej na zawsze niczym innym, tylko jej ojcowskim, szanownym opiekunem, byłaby pewnie odrzuciła żądanie pana Kazimierza. Ale od chwili, gdy opiekun zaliczył się do zalotników, stracił niezmiernie w jej oczach na powadze i zrównał się niejako z Kazimierzem, przy czym wszakże zachodziła ta wielka różnica na jego niekorzyść, że nie był kochanym, podczas kiedy tamten... ach, tamten!
Skoro jeszcze Hedwiga wspomniała, że takie wyznanie mogłoby istotnie rozdzielić ją z najmilszym, a co więcej, stać się powodem ciężkich, może krwawych zatargów, przytłumiła szemranie swojej duszy i zachowała milczenie wobec pana rajcy, który ze zdumiewającym spokojem niczego się nie domyślał.
Źródłem tej niedomyślności była potężna miłość własna. Pan Johann Schultz miał przekonanie, że gdy obdarzy Hedwigę swoją wspaniałą osobą, swoim nazwiskiem wielce w Gdańsku cenionym, swoją sławą kunsztmistrzowską i swoimi wielkimi bogactwami, wyświadczy jej najwyższe dobrodziejstwo i nie przypuszczał, aby kiedykolwiek mogła kogokolwiek nad niego przełożyć. To przekonanie zaślepiało go tak mocno, że patrzył, a nie widział, słuchał, a nie słyszał i gdy już cały Gdańsk — przyglądający się zalotom porucznika — z uśmiechem powątpiewał o jego „braterstwie”, jeden pan rajca nie miał ani cienia wątpliwości, co dzień zapytywał o „respons” pana miecznika i źle wróżącego Korneliusa kilka razy tak porządnie sfukał, że i jemu w końcu zamknął usta.
Kornelius jednak trwał w swoich złych przeczuciach. U niego miłość, pozbawiona próżności, nie sprawiała zaślepienia, lecz owszem640, jasnowidzenie prawdy.
Miłość ta dawno już w sercu jego rosła. Za życia pani Doroty karmił się nadzieją, że może kiedyś potrafi sobie wysłużyć tę śliczną panienkę, która w oczach jego coraz nowymi wdziękami rozkwitała.
„Czemu nie? — myślał nieraz. — Gdy zrobię mój Meisterstück, a będzie on taki, że cała Hanza okrzyknie się641 z podziwu, gdy i ja też zostanę majstrem, czemuż bym nie miał otrzymać jej ręki?”
Ta nadzieja dodawała mu sił do pracy, rozbudzała jego zdolności, przywiązywała go do majstra Schultza i cały ten dom czyniła dla niego Edenem642.
Nagle zrobił straszliwe odkrycie.