Właśnie krocząc przez miasto, ważył w umyśle te nadzieje i te trudności, kiedy spotkał panią Florę wychodzącą z kościoła Dominikanów682. Usłyszawszy, o co chodzi, wróciła się z nim do kruchty683 i tam odbyli długą, cichutką naradę. Skutek jej musiał przypaść pani Florze do serca, bo przy pożegnaniu stanęła jeszcze na progu i rzekła:

— Galanckoś684 waszmość to wymedytował685. Sposób rezykowny, ale eroiczny, jakby w jakiej poemie. Jeno bez pytania się ani panów oćców, ani panów Schultzów, bo to by próżno przyczyniło perpleksji686, a tak, post factum687, będą musieli oba powiedzieć „amen” i wszystko z czasem się zagodzi.

— Więc wacpani dajesz całki swój asentyment688?

— Och! Z całej duszy. Sprawiedliwieś też waszmość powiedział, że w moim domu tego nie można uplanować, bo to by na moją sławę cisnęło szpetną famę689 i pomnij690 też waszmość, żeby mię to skłóciło z panem rajcą, a on dla mnie precjozny691 przyjaciel. W peregrynacjach692 za miastem takoż trudno by to przefilować693, bo pan Schultz wiecznie z nami na spacyry chadza. No, a tam, w onej tłocznej asambli694, w onym pląskowym695 rozgardiaszu cała rzecz pójdzie łacno i nieprędko będzie zweryfikowana696, i nikt nie zostanie posądzon o to, że był komperem697. Jeno zawdy powtarzam, niech rzecz będzie z księdzem, bo jak bez księdza, to waszmość postradasz moją konsyderację698 i będziesz wart huncwockiej699 kaźni.

— Za kogóż mię wacpani masz? Dawniej, co prawda, uciekał ci ja od więzów hymenu700, ale dzisia sam do nich wzdycham, sam do nich ręce podawam701, bo jak raz człowiek szczęście złapie, toby je chciał na wiek wieków do siebie przykować702.

Po tak zachęcającej rozprawie pan Kazimierz przez dzień cały uwijał się jak oparzony. Jeździł do klasztoru oliwskiego, jeździł do Władysławowa, wszędzie odbywał jakieś tajemnicze narady. Nazajutrz także rozsyłał na wsze strony swojego pacholika Maćka, niby hajduka703 wedle węgierskiej sukni, w rzeczy zaś poczciwego Mazura, który zbytkiem rozumu nie grzeszył, ale miał takie przywiązanie do pana, że na jego rozkaz byłby pewnie próbował, czyby się nie dało przejść pieszo przez morze.

Na koniec pod wieczór pan Kazimierz zaczął przywdziewać strój balowy, nowiuteńki, prześliczny. Nie był on bardzo kosztownym704, ale dla skromnego mieszka stanowił i tak niemały wybryk. Mieszek ten, jak pamiętamy, już przed sześcioma tygodniami srodze piszczał, a cóż dopiero teraz? Ach! Teraz milczał głuchą ciszą konania. Ale bo też co to wypadło niespodziewanych wydatków! Przez te wszystkie tygodnie pan porucznik nie tylko już opłacał gospodę, ale i kwiatkami obsyłał pannę siostrę i pani Florze nosił różne słodkie łakocie, a czasem i jaką wykwintną niewieścią fraszkę, i jej służebnej, Fruzi, nieraz do ręki wetknął upominek. Przy takim drobnym, ale ciągłym szafunku705 pieniądze, jakie był przeznaczył na drogę powrotną, rozeszły się nie wiedzieć kiedy. Musiał więc brać różne rzeczy „na borg”706, a potem poszukał pewnego imci pana Millera, co swoim geldem707 ratował skłopotanych młodzieńców. Markotno mu to było, ale mówił sobie:

„E! Jakoś to będzie. Niech jeno wrócę na wieś, to wezmę się tęgo do harunku708 i wszystko w mig odrobię. Nie teraz pora na sknerzenie. Raz jeno w życiu człek się żeni. Raz jeno człek naprawdę się kocha”.

(Tak zawsze młodzi mówią, zapominając, że są ludzie, co i po dwa razy, i po kilka razy się żenią. A co do zdania, ile razy człek naprawdę się kocha, tego żaden psycholog jeszcze nie rozwiązał, bo każdemu zakochanemu za każdym razem się wydaje, że to dopiero jest pierwszy raz „naprawdę”).

A jeżeli kiedy już nie wypadało sknerzyć, to niezaprzeczenie dzisiaj. Mógłże w swoim zwykłym porucznikowskim ubiorze, zszarzanym709 już dosyć długą służbą, wystąpić na tym wspaniałym zebraniu, gdzie chciał pięknie wydać się przed Hedwigą, gdzie miał po raz pierwszy prowadzić ją w taniec, gdzie miał jej powiedzieć takie rzeczy, od których zawisło jego szczęście lub nieszczęście, słowem, w tym najważniejszym dniu swego żywota?