Przy wrodzonej sobie sprężystości ducha pan Kazimierz wprędce zapomniał o troskach, borgach i Millerach i rozwiązanie tych kłopotów odłożywszy do dni następnych, teraz już tylko cieszył się swoim nowym strojem. I naprawdę miał się czym cieszyć. Gdy Maciek pana ubierał, to aż usta rozdziawiał od podziwu, a ręce mu się trzęsły od radości. Wprawdzie ubiór dzisiejszy pod względem barw i kroju był podobny do codziennego, ale z jakże odmiennych pierwiastków710 stworzony. Zamiast kafttana z łosiej skóry, pan Kazimierz nadział711 „szustokor”712 (tak u nas wymawiane juste-au-corps) uszyty z mięsistego, kanarkowego „hatłasu”, objęty przy szyi obwisłym, koronkowym kołnierzem i takimiż u rąk mankietami. Na piersiach zamiast prostego rzemienia miał ukośnie przeciągnięty, czarny, nieskorowy713 pasamon (kupiony w składach pani Flory), u którego po staremu zawiesił kordelas714. Hajdawery715 nie były z grubej rasy716, ale z cieniuchnej niebieskiej sajety717, ze srebrnymi na szwach rygielkami. Niziutkie półbucia żółte, safianowe, lekkością swą dorównywały prawie francuskim trzewikom. Na barkach, zamiast włochatej burki, pan porucznik zawiesił krótki deliunak718 z ciemnowiśniowego aksamitu, białą sateniszką719 podszyty i srebrną pętlicą720 u piersi zadzierzgnięty. Na głowę nałożył przecudną magierkę721, tegoż ranka w mieście zakupioną (albowiem Gdańsk słynął z wyrobu najpiękniejszych magierek); było też to istne pieścidełko z błękitnym denkiem i wąską bobrową obłóżką722, nad którą wystrzelało harde pióro sokole.

Naciągnąwszy na koniec zamszowe rękawice, rad z siebie, poszedł do Artusowego Dworu, czyli Artushofu.

Gmach ten, jeden z najdziwaczniej pięknych i najpiękniej dziwnych, jakie można spotkać w północnej Europie, był istnym beniaminem gdańszczan. Tam oni przez ciąg długich czasów nagromadzili z wolna „swych myśli przędzę i swych uczuć kwiaty”.

Przędza to trochę rażąca pstrokacizną, kwiaty to nieznane innym wyobraźniom, ale właśnie z tej przyczyny, że gdzie indziej nieznane, że znikąd nienaśladowane, zaciekawiają swoją samorodną niezwykłością i krasą.

Artushof przytulony do ratusza tworzył z nim razem parę gmachów, królującą nad całym Gdańskiem. Na ratuszu miasto się rządziło, w Artusowym Dworze się bawiło, gdyż był to budynek przeznaczony wyłącznie na wspólne zabawy (jak dzisiejsze resursy723) i dość też nań spojrzeć, aby poznać, że urodził się z wesołej myśli.

A najprzód724 już sama nazwa przypomina obrazy wysoce poetyczne i, co więcej, pełne społecznego znaczenia: musi ona sięgać owych czasów, kiedy najchciwiej czytywaną księgą był sławny szereg romansów o królu Artusie725, przy którego stole wszyscy czuli się równymi, bo stół ten, wycięty w kształt obręczy, nie miał ani miejsc wyższych, ani szarego końca.

W tej przezroczystej726 przypowieści bardzo zasmakowały republikańskie miasta, dobijające się przez cały ciąg średnich wieków o coraz nowe prawa i swobody. Zasmakował w niej również i Gdańsk hardogłowy, który ją nawet obrał za motto do swoich zgromadzeń. Więc w Artushofie, jak niegdyś przy Okrągłym Stole, powiedziano sobie, że nie będzie ani miejsc wyższych, ani szarego końca. Czy dygnitarze koronni, czy szlachta wioskowa, czy patrycjat727 miejski, czy niższe kupiectwo, czy opasłe majstry, czy wysmukła czeladź, czy swoi, czy cudzoziemcy — wszyscy tu byli względnie równi wobec świętych praw gościnności. Powtarzamy jednak wyraz „względnie”, bo i tu, jak zawsze i wszędzie, kto bogatszy — ten więcej przepychu roztaczał; kto mędrszy lub dowcipniejszy — ten więcej miał słuchaczy; kto siedział na urzędzie — ten odbierał niższe pokłony; a im kto piękniejszy — tym więcej zbierał hołdów. Na to i sam Artus już nie mógł poradzić.

Ale z tym wszystkim bawiono się przednio728 i w gmachu godnym przesławnego miasta.

Budynek to duży i taki głęboki, że swymi dwiema szczytowymi ścianami wychodzi na dwie odmienne ulice, a jednak w całej swojej długości, szerokości i wysokości zawiera tylko jedną jedyną salę (wyjąwszy parę bocznych, malutkich pokoików, które są raczej wnękami wykrojonymi w odwiecznej grubiźnie murów i dawniej służyły za bufety).

Przy białym dniu sala jest oświecona dosyć dziwnie, na przestrzał, gdyż obie ściany szczytowe składają się prawie wyłącznie z kryształu. Nie są to właściwie ściany, ale — i tu, i tam — po trzy okna, olbrzymie jakby łukowe bramy, przedzielone tylko filarami, ozdobne — tak zewnątrz, jak i wewnątrz — mnóstwem posągów, godeł i wyzłoceń.