Dwie boczne ściany są nierównie dłuższe; każda z nich także rozpada się na trzy działy; ale tu już nie ma żadnych okien, tylko wielkie, mocno zaciekawiające freski729. W ich treści nie można się dopatrzyć żadnego następstwa ni łączności, ale to nie dziw, kiedy w każdym z tych działów inna gilda730 gospodarzyła i na własną rękę przyozdabiała swoją polać muru. Jedne kazały sobie malować ustępy z Biblii lub żywotów świętych, inne z mitologii, a jeszcze inne lubowały się w alegorii. Z owych różnych pomieszanych natchnień wytworzył się cały świat fantazji, prześliczny i jak cała postać Gdańska — bezwzorowy.

Jest jednak we wszystkich tych obrazach jeden rys wspólny: ze środka wszystkich, przynajmniej główniejszych wystają gałęziste, prawdziwe rogi jelenie. Gdańszczanie je tam umieszczali na dowód, że posiadają prawo łowów. Prawo to, stanowiące przez długi czas we wszystkich krajach wyłączny przywilej najwyższych stanów narodu, srogimi zakazami obwarowane, było dla niższych celem gorącej żądzy i zazdrości. Toteż miasta, co go się dobiły, nie mogły się nim nacieszyć. I Gdańsk tej uciechy kosztował nie bez dumy; znaczniejsi jego mieszkańcy oddawali się namiętnie owej pańskiej rozrywce i gdzie tylko mogli, rozwieszali trofea myśliwskie. Stąd i w Artushofie owe rogi, które na rozpacz malarzy niemiłosiernie do ich dzieł przybijano. Wprawdzie niektórzy artyści, wybrawszy stosowny przedmiot, zdołali usprawiedliwić w obrazie obecność tego dziwacznego przydatku. I tak we fresku poświęconym Dianie731 Akteon732, już na pół zmieniony w jelenia i wyskakujący z obrazu, bardzo dobre sprawia wrażenie. Ale taki koncept nie wszędzie mógł być z równym szczęściem przystosowany. W Sądzie Ostatecznym733 na przykład ów jeleń, co smętnym okiem przygląda się duszom potępionych, stanowi zagadkę, nad którą dzisiejsi widzowie na próżno sobie łamią głowę. Tymczasem klucz zagadki taki prosty! Każda gilda chciała mieć swego jelenia, musiał więc jeleń znaleźć się i w Dniu Sądnym. Pytanie tylko, w jakim usposobieniu twórca obrazu go tam domalował? Czy śmiejąc się dobrodusznie z pustego żarciku? Czy naigrawając się gorzko z filisterstwa734 swoich mecenasów?

Pod rzędem fresków stoją z obu stron ławy ciężkie i wspaniałe, rzeźbione jakby stalle735, a przed nimi niemniej pomnikowe stoły (dziś, dla potrzeb giełdy, wysunięte na środek sali). Ale najgrubszym tu pomnikiem jest piec olbrzymi, prawdziwy patriarcha pieców, gmach wielopiętrowy, którego polewa o wypukłych kwiatach i osóbkach, o barwach rozlicznych, ale nieco fałszywych, majaczy na kształt wyblakłej makaty.

Nad tym wszystkim zaokrągla się przepyszne sklepienie, długie i wysokie jak u nawy kościelnej, oparte na czterech słupach zaznaczających środek sali.

Z owych sklepień zwieszają się ozdoby, dziwne i niezaprzeczenie stosowne dla portowego miasta; są to kołyszące się na sznurach maleńkie modele okrętów, jakie w Gdańsku bywały różnymi czasy budowane, kupione lub zdobyte. Wszystkie owe karawele, stradyjotki, galeasy736 i rozliczne inne morskie domy wyrobione misternie z maszcikami, żagielkami, okienkami tworzą nad głową przechodniów nadpowietrzną737 flotyllę, która dziś jeszcze, choć już mocno sczerniała i zmurszała, stanowi prawdziwe muzeum żeglarskie, a za nowości musiała być nie tylko miłą, lecz i drogą tym ludziom, co w niej widzieli swoje własne dzieje, przygody i sławę.

Niegdyś też między rzędami okręcików były i gęsto rozwieszone pająki738 (meisterstücki słynnego gdańskiego mosiężnictwa), które wieczór setkami świec woskowych rzęsiście oświetlały salę i przez owych sześć bram przezroczystych biły na miasto we dwie strony dwoma potokami złotej łuny.

Pan Kazimierz znał na wylot cały Dwór Artusowy; od kilku lat nie ominął żadnego większego zebrania i, jako jeden ze świetniejszych tancerzy, nahulał się tam do syta. Nigdy jednak ta sala nie wydała mu się tak piękną jak teraz; mury jej tchnęły dzisiaj dla niego jakąś tajemniczością, która go i wabiła, i przestraszała.

— Tu — mówił sobie — dzisiaj, za moment, wyprognostykuje739 się cała moja przyszła destynacja740.

Na początek wszakże spotkało go nieprzyjemne wrażenie; ów jego wypieszczony ubiór, co w skromnej gospodzie wydawał mu się tak wspaniałym, tu gasł i niknął obok innych. Ale bo co też to przepychów przewijało się po tej sali! Najświetniej błyszczeli nasi klejnotni741 panowie, ciągle tu przypływający z pszenicą i żytem: ci zwykle po mieście chodzili w swoich podróżnych „marynałkach”, ale na zebranie w Artushofie wydobywali z sepetów742 najcenniejsze stroje; wszędzie biły w oczy brokadiowe743 żupany744, guzy jak pączki róż z samych rubinów, czaple kity, kapiące od złota pasy, wschodnie szable nabijane turkusami, szkarłatne czuchy745 i ferezje746 o brylantowych szponach747. Było też i mnóstwo cudzoziemców przynoszących tu okazy wszelkich strojów europejskich, azjatyckich, a niekiedy i afrykańskich, bo czasem na jakim kastylskim748 okręcie zawinął i jaki Maur o białym zawojowym kapturze. Przychodzili na tę zabawę przez ciekawość, a sami stawali się jedną z największych jej ciekawości. Pomiędzy właściwymi gdańszczanami starszyzna ubierała się z niemiecka lub holenderska, młodzież zaś najczęściej z francuska; zwłaszcza na taneczne zebrania kładziono prześliczne pończochy i trzewiki, pourpointy749 z barwnymi wypuszczkami750, płaszczyk walezjuszowski wywijający się spod leciuchnej krezy, a na głowę toczek751, zdobny piórem. Ta głowa była fryzowana z niezmiernym staraniem; jedni zakręcali nad czołem dziwnie harde czuby; inni (ci mianowicie, co mieli spadające koronkowe kołnierze) nosili włosy długie i do pół pleców rozpuszczone według mody zwanej kometową, inni jeszcze spoza lewego ucha zwieszali sobie warkoczyk, ową tak słynną cadenettę, co się zakończała „galantem”, czyli wstążką w motyla zawiązaną; czasem zamiast warkocza był to pukiel zwinięty w rurkę długą, ile tylko dało się najdłuższą. Ci „kadenetowi” panicze, jako stanowiący ówczesną złotą młodzież, mieli zazwyczaj wielkie u dam powodzenie. Obecnie u gdańszczanek najwięcej go miał młody Morsztyn, czasowo tu bawiący patrycjusz752 krakowski, pono wnuk tego potentata morskiego, co niegdyś własnymi okrętami na własną rękę prowadził handel z Anglią i Hiszpanią753. Dzisiejszy krakowianin nie posiadał już tyle, co jego dziad, okrętów, ale za to był posiadaczem sławnie pięknych, bladozłotych włosów, które uwijał w pukiel długi aż po serce, zakończony bladobłękitną kokardą. Według przyjętych wówczas mitologicznych zwrotów mowy przezwano ten pukiel strzałą Feba754 i twierdzono, że choć taka miękka, strzała ta niejedno serce już na wylot przeszyła.

Dziś jednak pięknego Morsztyna przyćmiewał jeszcze piękniejszy sire de la Crosade755, rodowity Francuz, który wsławił się w naszych bojach rycerskimi dziełami, a w Artusowej sali wsławił się wprowadzeniem nowej kawalerskiej mody; jego pukiel ciemny, prawie czarny, zakończony gorącoróżowym „galantem”, był nie tylko równie długi jak „Febowa strzała”, lecz jeszcze, o dziwo! na wysokości ucha był przetknięty pyszną, gruszkowatą perłą. Mody tej, tylko co wynalezionej przez jednego i z książąt lotaryńskich756, nikt jeszcze na Północy nie znał; gość francuski dowiedział się o niej przez listy odebrane z Paryża i wnet sprytnie ją przystosowawszy, zbierał teraz tryumfy, którym także nie brakło ambrozyjskiego757 smaku mitologii, gdyż jedna z gdańskich piękności, spostrzegłszy ową perłę, ozwała się na pełnej sali, że „to pewnie sama bogini Wenus, wyszedłszy z morza, przyniosła mu taki trefny758 prezent”.