Wobec podobnych współzawodników jakżeż nie miał trochę posmutnieć pan Kazimierz? A jednak niesłusznie smutniał. W zbytniej skromności zapomniał, że jeśli nie nosi na szatach złota ni klejnotów, za to ma usta jak rubiny, zęby jak perły, a w oczach czarne brylanty, którymi sieje całą Golkondę759 czarów. Zapomniał — ale niebawem przypomniały mu to wszystko same białogłowy. Jak zaczęły spod oka na niego spoglądać a uśmiechać się, a szeptać, niby cicho, jednak dosyć głośno, aby dobrze słyszał:
— Co za chłop urodziwy!
— Czysty bożek Mars in persona760.
— Oj, żeby mię tak porwał do pląsania, tobym chyba w obłoki wyleciała...
Tak pan Kazimierz pokręcił wąsa i pomyślał sobie:
„Ej! Chyba ja tu nie ostatni. A może się znajdzie i ktoś taki, dla kogo będę nawet i pierwszym?”
Ów „ktoś” jeszcze dotąd nie znajdował się w sali, czemu pan Kazimierz był rad w pierwszej chwili, boć wedle serdecznego761 kodeksu słuszną jest, a nawet konieczną rzeczą, by na miejsce spotkania kawaler przybywał wcześniej niż pani jego myśli.
Teraz wszakże, gdy sam się już stawił, byłby chciał i ją ujrzeć jak najprędzej.
Trzymał się więc w pobliżu wejścia i nie spuszczał z oczu szklanej bramy, którą wciąż napływały nowe pary i nowe gromadki strojnych gości.
Po chwili jednak musiał głowę odwrócić, bo już tuż przy nim wrzała rozprawa taka gromka, że nie można było jej nie zauważyć.