Na ogromnej ławie, przy ogromnym stole siedziało kilku nie mniej ogromnych mężów z Urzędu Miejskiego. Wszyscy o twarzy podobnej do pełni miesiąca762, z brzuszkami jak beczułki, na których trzymali zaplecione ręce, wszyscy w ubiorach buchciastych763, w krezach jak półmiski, jedni w grubych biretach, drudzy w kapeluszach takich płaskich a szerokich, jakie dziś tylko u kardynałów można widzieć. Między tymi dobrze wypasłymi towarzyszami odznaczał się jeden także ogromny wzrostem, ale chudy jak zeschłe drzewo, secretarius764 Frydrych Hogge, który właśnie kończył swoje dowodzenie:

— Tak czy siak, zawdy ja powiem, że Szpiryngowe cło to nasza największa calamitas765.

— Największa calamitas — powtórzyli chórem tłuści towarzysze.

— Bo, proszę ja, dlaczego dawne króle żadnego cła po nas nie wyciągały? Ale to literalnie żadnego. Dopiero jak te nieznośne Szpiryngi, przybłędy zza morza, przyszły, tak zara król ich nam na kark nasadził i teraz rachuj się, płać i zawdy płać.

Ja, ja. Licho ich przyniosło z Ollendrii — przywtarzali tłuści towarzysze.

Ale tu ponad wszystkie głosy jakby dzwon srebrny wybił się głos pana burmistrza Krzysztofa Freimutha. Siedział on przy tym samym stole rozparty na wysokim krześle, także wspaniały, ale nad podziw kształtnie zbudowany. Ubiór miał z szafirowego weneckiego aksamitu, o jedwabnych, białych wypuszczkach, wokoło bioder szarfę ze złotej siatki, a na piersiach kosztowny łańcuch. Czy od upału, czy od niemiłego wzruszenia musiało mu się zrobić gorąco, bo nagle zerwał swój wielki kapelusz, okręcony złocistą wstęgą, zaczem pokazała się jego twarz piękna jakby oblicze Jupitera766, zazwyczaj rozpromieniona łaskawym uśmiechem, ale teraz pałająca oburzeniem, które na środku jego czoła zarysowało jowiszową bruzdę.

— Przez Boga żywego! — zawołał. — Proszę ja waszych uprzejmości, nie gadajcie takich szpetnych rzeczy, boć na samo ich słuchanie wnętrzności się w człeku precz767 skręcają. A dlaczegóż król jegomość nie ma cła wybierać? Wszak ci we wszystkich królestwiech768 i respublikach769 tak się dzieje, że ludzie coś przecie przynoszą do Skarbu wedle powszechnej potrzeby. Inaczej żadne państwo na nogach by nie ustało. Pytam się waszeciów, in gratiam770 czego my jedni na świecie mamy być wolni od wszelakiej obediencji771?

— Ja swoje powtarzam! — skrzeknął swoim twardym głosem secretarius. — Dawne króle772 tego nie robiły i dobrze było.

— A właśnie, że źle. Dawne króle były za dobre.

— Ba! Czy to można być za dobrym? — sarknął z ubocza ryżowłosy wójt, Hans Hecker, co miał twarz podobną do łasiczego pyszczka.