Wtedy pan burmistrz uderzył w stół swoją dużą, ale białą pięścią i odparł:
— A można! I najlepsze na to exemplum773, że ta dobroć nas popsowała. Kto nas to wyrwał z okrutnej krzyżackiej opresji? Kto nas do serca przytulił? Kto, jak nie one króle, nasze oćce, i nie ona wspólna matka nasza? Przez lat półtorasta774 my chleb u nich jedli darmo jako te małe dzieci, co nic nie robią, a dostają nie tylko swoją rację, ale jeszcze w dodatku i łakocie. A że teraz król jegomość prosi tego, co my już od lat półtorasta powinni byli dawać, to krzyczym, jakby nas kto żywcem ze skóry odzierał. I wiecznież będziemy jako te liche minores775? Abo jak te szerszenie próżniaki, co z ula miód wyjadają, a same go tam nie przynoszą? Co my dotąd im przynosili? Nic, jeno krnąbrnoście776 i burdy, i bunty. A! Serce się wzdryga na takową ingratitudinem777. I żeby to jeszcze robiono po tyrańsku! Ale nieprawda. Panowie Szpiryngi są ludzie godne i mądre, i sprawiedliwe. Ja więcej powiem: w niejednym nieprzezpiecznym778 casusie779 my widzieli, jako to istne są heroje780.
— Ale wszystkim trzęsą — przerwał chudy Frydrych. — Wszystkim trzęsą, a nam co po tym? Kto flotą rządzi? Panowie Szpiryngi. Kto cła wybiera? Panowie Szpiryngi. Kto wszelaki zatarg rozsądza? Panowie Szpiryngi. Dlaczego właśnie oni?
— Dlatego, że król jegomość raz przecie znalazł sobie ludzi, co nie służą prywacie781 tej lub owej prowincji abo prywacie tego lub onego miasta, ale służą pospolitej rzeczy782. I kłamie, kto powieda, że oni sami jedni rządzą. Wszak ci w onej Morskiej Komisji zasiadają rozmaite dygnitarze: i Denhoffy, i Ossolińscy, i Guldenszterny. A wszak ci są tam i nasze rodowite gdańszczany. Czy nasz kompan, poborca Jerzy Hefel, tam nie siedzi, co? A wszystko same zacne persony783. Król jegomość dobry ociec, a my zawdy byli złe dzieci.
To znowu ryży wójt Hecker ozwał się z fałszywym uśmiechem:
— A po co się waszmość tak sierdzisz? Nikt z nas tu nic nie gada przeciwko królowi jegomości, jeno żeby nie było tych przeklętych Szpiryn...
Tu mówca, nie dokończywszy wyrazu, pozostał z otwartymi ustami, towarzysze jego także nagle zamilkli. Wszyscy zwrócili oczy ku wejściu, gdzie powstał wielki szum i rozruch. Tłum rozstąpił się z uszanowaniem i weszło trzech okazałych mężów; byli to trzej bracia: Izaak, Abraham i Arnst Spiryngowie, rodem z Delftu784, komisarze królewscy, ludzie — jak słusznie mówił burmistrz Freimuth — wielkiego rozumu oraz nieskazitelnej prawości; a mieli też w sobie coś bohaterskiego i zaprawdę potrzebowali niemałej odwagi, aby jakiś ład zaprowadzić w tym rozszalałym od swawoli mieście, co chciało mieć wszystkie prawa i przywileje, a nie spełniać żadnych państwowych obowiązków. Silni obywatelską swoją cnotą, nie lękali się czczych krzykaczy i też, mimo pokątnych wichrzeń, mieli ogólny szacunek i posłuch. Oto i teraz ojcowie miasta rzucili się hurmem, aby przyjąć nowo przybyłych i dziękować im za łaskawe zaszczycenie Artushofu swoją zbyt rzadką, a zawsze upragnioną obecnością. Zwykłym nawet porządkiem rzeczy ludzkich ci, co przed chwilą najwięcej krzyczeli, teraz pchali się z najniższymi pokłonami, a chudy Kogge zginał się przed nimi we dwoje, niby na wpół złożony kozik.
Burmistrz Freimuth nie pchał się z innymi, stał uśmiechnięty na stronie; ale nowi goście sami przystąpili ku niemu i uściskiem szerokiej dłoni serdecznie go powitali.
Z trzech braci Spiryngów dwaj starsi byli już bardzo poważni; zwykle też lubili przestawać ze starszyzną. Za to najmłodszy jeszcze chętnie przysuwał się do niewiast i czasem nawet poszedł z najpiękniejszą w taniec. Wszyscy trzej mieli twarze duże, o szlachetnym wyrazie, o podkręconych wąsach i niewielkiej w trójgran785 ściętej bródce. Stroje były na nich czysto holenderskie, jakoby popękane w pasy, spod których wystawały spody innej barwy, z kołnierzami obszernymi, jakby koronkowe pelerynki. Na głowach, osutych786 pierścienistym787 włosem, nosili miękkie, ogromne kapelusze o piórach puklących się w różnobarwne kity. A mieli przy tym jedną jeszcze ozdobę, której tu nikt inny nie posiadał: u każdego z nich, na piersiach, między rozchodzącymi się brzegami koronek, przypięty złotą iglicą, kraśniał świeży tulipan. Były to trzy żywe klejnoty harlemskie788, trzy cuda sztuki ogrodniczej. U najstarszego, Izaaka, tulipan ciemnomorderowy789 przy świetle wieczornym wyglądał prawie czarno, u drugiego był w paski fioletowe i gorącożółte, u trzeciego — w płomyki pąsowe790 i białe.
Przybycie trzech braci wniosło pomiędzy zgromadzonych jakieś usposobienie uroczyste; wszystkim się wydało, że sala pojaśniała, jakby padł na jej mury odblask majestatu królewskiego.