— Tak sobie, dosyć. Jeno zawdy szkoda, co pół-Niemiec i pies luter126.
— Aha, to on z tamtych! No, ale ty przynajmniej nie luter?
— A niechże Pan Bóg uchowa! Ja Kaszuba, Jakub Grubasek, z dobrych Kaszubów, z tłustych Żuław.
— Jam też zara127 to poznał po twojej tłustej gębie.
— Dziękuję waszej dostojności. U nas, chwała Bogu, chleba w bród. Żeby jeno lutry nie bijały się z naszymi po ulicech128, toby my mieli święte życie. Tera129 już kęs czasu130 nie było bijatyki, to i cicho, i człek się wypasa131. Co jeszcze pan łeficerz każe?
Kazimierz byłby jeszcze chętnie zapytał, czy pan Schultz ma córkę lub młodziuchną żonę, ale sobie pomyślał:
„E! Wstyd mi wdawać się ze stróżem w takowe kordialne132 konfidencje133”.
Rzekł więc tylko:
— Już nic. Bóg wam zapłać, mój Grubasku.
— Sługa pokorny — odpowiedział tamten, przy czym, zdjąwszy swój szafirowy beret, nisko się pokłonił i odszedł powoli, pobrzękując kluczami.