Pan Kazimierz klasnął w dłonie.

— Wiwat! Jest asumpt! Pójdziem134 po bursztyny. Co prawda, mieszek135 już okrutnie chudy, aleć potargować zawdy wolno, za to na gardle nie karzą136. A więc do lin! I brać karawelę137.

Rzekł, przemierzył wszerz ulicę, skoczył na taras i, ująwszy pięknie rzeźbioną kołatkę, zaczął nią bić po kawalersku we drzwi Bursztynowego Domu.

II. W Bursztynowym Domu

Długo musiał czekać pode drzwiami. Przynajmniej naszemu gorączce138 wszelkie czekanie zawsze wydawało się długim.

Na koniec z wewnętrza139 zaszemrały kroki dosyć lekkie. „Oho! Jużem ściągnął140 mego ptaszka z poddaszka. A może to i nie ptaszek. Jakoś trocha141 ślamazarnie nóżki za sobą ciąga... ”

Warknął gruby rygiel i w szparze drzwi odchylonych ukazała się głowa, co prawda kobieca, dosyć nawet przyjemna, ale nic a nic niepodobna do tamtej. Musiała to być niewiasta służebna i dobrze już wysłużona; dobiegała co najmniej pięćdziesiątki. Ubrana była chędogo142 w kołnierz z muślinu, prawda że grubego, ale suto nakarbowanego (bo wtedy czy sługa, czy przekupka — żadna nie ruszyła się bez krezy), i w inderak, czyli spódnicę staroświecką, pękato wywatowaną koło bioder.

— Co to? — zapytała.

— Czy tutaj kram na bursztyny?

Ja143 — odrzekła i rozwarła tak szeroko drzwi, że uderzenie ich o ścianę odbiło się przeciągłym echem po sieni nadzwyczaj długiej, wyłożonej piękną, polewaną cegłą. Pod sklepieniami wisiały rogi jelenie i różne obrazy, którym jednak trudno było się przypatrzeć, bo choć owo złoto-kraciaste okno wpuszczało tam sporo światła, jednak sień była taka głęboka, że już od połowy tonęła w półcieniu.