Pan Kazimierz, zniecierpliwiony, siadł na powrót i ręką w stół uderzywszy, zapytał:

— No cóż tedy?

Majster, nie wstając z ławy, głową się tylko ukłonił i odpowiedział z szyderczym uśmiechem:

— Wielki to dla nas onor898, że klejnotny pan zniża się do biednej sierotki, szkoda jeno, że ten onor za późno przychodzi.

— Jak to: za późno? Co to znaczy?

— A nie oświadczył ci ja waszej miłości, panie kawalerze, zaraz przy pierwszej waszmościnej wizycie, że małżonek dla Hedwigi już jest wybran899?

— Prawda. Waszeć to gadałeś. Ale póki ksiądz nie związał stuły, to jeszcze można zmienić rezolucję900.

— Nie, panie kawalerze. Co Johann Schultz raz powiedział i zadecydował, tego już nie odmienia.

— Odmieni, odmieni. Miejże waszeć Boga w sercu, ja pięknie proszę i panna Hedwiga powieda, że to będzie jej szczęście.

— A! Ona tak powieda? No to się waszmość dobiłeś901. Harde to dziecko, co śmie takie rzeczy gadać. Trza ją nauczyć moresu902.