To mówiąc, oddalił się z pokornymi słowami, ale z szyderczym uśmiechem na ustach i z głową hardo podniesioną. Pan Schultz, jako nieodrodny gdańszczanin, zawsze i wszędzie nosił ją wyniośle, a już najwynioślej na ratuszu i w Artusowej sali, bo tutaj, widząc wkoło siebie potęgę Miejskiego Senatu i blask miejskiego patrycjatu, czuł się mocnym na swoich złotych śmieciach i nawet klejnotnym panom rad przycierał rogów. A już nigdy nie doznał większej pod tym względem rozkoszy jak dzisiaj, kiedy w osobie pana Kazimierza upokorzył i zuchwałego szlachetkę, i przeszkodnego914 współzalotnika.
Dziwną może wydawać się cierpliwość, z jaką siarczysty915 pan porucznik przełknął tę nauczkę i zaprawdę nie byłby jej zniósł tak przykładnie, gdyby nie przekonanie, że wkrótce, dziś jeszcze, ukarze hardość mieszczanina i zemści się na współzawodniku. Ta myśl ubierała i jego usta szyderczym uśmiechem i chociaż krew się w nim burzyła, choć ręce go swędziły, myślał sobie:
„Dobrze, dobrze, ja jeszcze tak wolę. Obejdę się bez twojej permisji916”.
Jednak ostatnia groźba pana Schultza naprawdę go rozzłościła i nawet niepomału917 przeraziła.
— Tam do licha! — szepnął. — Jeśli on ją ma zaraz uprowadzić, to cały plan w łeb weźmie, przynajmniej na dzisia.
Tu wstał gwałtownie, plecami o piec się oparł i głowę, jak mógł, wysunął ponad tłumy dla odnalezienia Hedwigi.
Nietrudno ją było odnaleźć: wszystkie oczy zwracały się ku niej. Pośrodku sali, w największym wirze tańców, przesuwała się lekka, jakby duch niebieski, prowadzona przez imci pana Amsta Spirynga, który właśnie w tej chwili kończył z nią kuranta i przy ostatnich zwrotach rzucił pod jej stopy swój płomienny tulipan. Ale i odetchnąć jej nie dano. Kurant (la courante), wdzięczny taniec francuski, zgrabny i posuwisty, był sam w sobie niezmiernie krótkim918, ale za to zwykle powtarzał się wielokrotnie, bo w końcu zawierał pewną złośliwą figurę, dzięki której, przy zręcznym trafieniu w dobrą chwilę, jeden kawaler mógł drugiego ubiec i podstępem odbić mu tancerkę, z czego też powstało przysłowie: „Trafił frant919 na franta i wyciął mu kuranta”.
Hedwigę dziś ciągle odbijano. I teraz ciężkiemu panu Spiryngowi sprytny sire de la Crosade ją odebrał i wydawał się tak uszczęśliwiony ze zdobycia „bursztynowej panienki”, że niektóre siedzące panny zapytywały gorzko, czy ten znów z ucha sobie nie wyrwie perły i nie ciśnie jej pod nogi tego podlotka, co nie wiedzieć czym, chyba czarem nowości, tak bezwstydnie łowi tancerzy.
W tym krzyżowym ogniu hołdów i zazdrostek Hedwiga byłaby mogła bawić się tryumfalnie, ale ona wcale nie czuła tryumfu; przeciwnie, w rysach nosiła wyraz głębokiego, źle przytłumionego sfrasowania920 i głowę z niepokojem obracała to ku piecowi, skąd jej świeciły gorejące oczy Kazimierza, to w przeciwną stronę, ku ławie przeznaczonej dla najpoważniejszych matron.
Zaciekawiony pan Kazimierz także w tę stronę skierował spojrzenie i dostrzegł tam pana Schultza. Grono starszych i młodszych niewiast otoczyło go bardzo rojnie, podczas gdy on głową kręcił i ręce rozkładał jak człowiek, co się uniewinnia. Nagle zniknął w tłumie, a pan Kazimierz usłyszał tuż obok siebie wesoły głos pani Flory: