— Przychodzę z dobrą nowiną. Ale... co to waszmość taki najeżony?
— A jakoż mam się śmiać? Uczyniłem staremu deklarację, no i ładnie na tym wyszedłem.
— A to waszmość głupstwo zrobiłeś.
— Jakoż nie było zrobić, kiedy panna Hedwiga nie chciała ze mną gadać, dopóka921 nie zdeklaruję się przed onym ślicznym opiekunem?
— No, no, nie sierdź się waszmość... Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; już ona teraz będzie wiedziała, czego ma po nim czekać922, i łacniej nam z nią pójdzie. A właśnie czas po temu, przynoszę dobrą nowinę: pan Schultz wraca do domu sam, a ją zostawia pod moją protekcją.
— Chwałaż Bogu! A to jakbym odżył. I jakżeś to wacpani takie miraculum923 zrobiła?
— Z początku chciał ją zabierać. Ja spolitykowałam i nic nie kontruję924, ale nasadzam na niego inne białogłowy, a najwięcej tę gadzinę Freimuthową, co taka zła jak i chuda. Wszystkie tedy w krzyk: „O, jaki z waszeci tyran! Biedne dziecko ledwie co zażyło pierwszych tańców i już ją zabierać? Zostaw nam ją waszeć, my wszystkie będziem jej matkowały”. A ta chuda złośnica, Freimuthową, jeszcze mu dolewa: „Ho, ho! My wiemy, czemu pan konsul chce ją wyprowadzić: bo go bierze zajzdrość, kiedy drudzy z nią sarabandują, a jemu powaga już nie pozwala hasać”. Tedy pan Schultz zawstydził się okrutnie i powieda: „Otóż ja pokażę wacpaniom, że to nie żadna zajzdrość. Ostawię tu Hedwigę choćby do jutra, choćby do południa — a wy jej matkujcie. I wiedzcie, że ja nie żaden tyran”. Widząc taką wiktorię925, chciałam rzecz dokończyć i powiedam: „Weź waszeć Korneliusa za rękodajnego, bo ledwo się na nogach trzymasz, a nam jeno pacholika odeślij”. Ale tu się nagle zaperzył i ofuknął mię: „O! Co to, to nie. Za nic w świecie. Niechże i ten biedny chłopczysko choć raz w życiu polustykuje926”. A jam zmiarkowała, że jemu nie chodzi o lustyki, jeno że chce nam ostawić szpiega. Co waszmość tak się srodze marszczysz?
— Bo to zła nowina, co mi wacpani przynosisz. Kiedy Ollender ostaje, to my nic nie wygrali. On gorszy od starego. Już ja go chyba gdzie w kącie przyduszę albo kolnę927.
Pani Flora, przestraszona, chwyciła pana Kazimierza za rękaw.
— Na miłość Boską, nie czyńże waszmość nijakich ekscesów, bo dopiero wtedy rzecz zagubisz. Już ja tak zrobię, że i Ollendra sprzed oczu waszmościnych sprzątnę.