Odesłał Minę i chciał zasnąć, ale na żaden sposób nie mógł. Ciągle widział Hedwigę tańcującą z innymi, uśmiechającą się do innych, zwłaszcza do tego mniemanego brata, co go tak haniebnie oszukał.

„I jeszcze — myślał sobie — powiedziała, że tam jest jej szczęście! E! Może i nieprawda? Młodziki rade933 kłamią, byle się pochwalić. No, a choćby i powiedziała, to kto by tam zważał na dziecinne gadanie? Boć to jeszcze dziecko. Póki go widzi, to się jego tandresami934 niby cackiem bawi, a jak trzy dni go nie obaczy, to i zapomni z kretesem. Ale niech no ja do niej naprawdę sunę w koperczaki935, to dopiero ją rozamoruję936, bo jużby chyba musiała być obrana z rozumu, gdyby nie pojęła, co to dla niej za szczęście”.

Tak rozmyślając, pan rajca z boku na bok się przewracał, a wciąż nadsłuchiwał, czy Kornelius nie otwiera drzwi dolnych, czy suknia Hedwigi nie chrzęści po schodach.

Na koniec mu się wydało, że oczekiwani prędzej wrócą, jeśli będzie ich wyglądał oknem. Wstał więc, poprawił na głowie szlafmycę937, na barki nadział szlafrok mięciusieńki, tkany w duże różnobarwne kwiaty, i z komory sypialnej przeszedł do przeciwległej, skąd mógł widzieć taras i ulicę. Nie zabrał nawet z sobą świecy, gdyż od tamtej strony księżyc przepysznie jaśniał.

Siadł tedy pan konsul w oknie, a że przez małe, wypuklaste szybki trudno było rozeznać głąb ulicy, więc uchylił nieco jedną połowę okna i z rozkoszą wciągnął do piersi wonne powietrze ciepłej, letniej nocy.

Długo tak siedział i marzył, i wyglądał, ale na ulicy było pusto i głucho, tylko księżyc nieznacznie posuwał się po niebie i zegary miejskie z przekorną powolnością wydzwaniały ciążące majstrowi godziny.

V. Pod srebrnym księżycem

Tymczasem w Artusowej sali Hedwiga niespokojnym wzrokiem szukała oczu pana Kazimierza, który, wcale nie patrząc na nią, siadł pod piecem i żywą rozmowę prowadził z panią Florą.

— Boże mój! Czy on się na mnie sierdzi938? O! Ani pojrzy...

Za to kto inny spoglądał aż nadto; Kornelius, wpół ukryty za filarem, ścigał ją wciąż oczyma, których złośliwa chmurność prawie dotykalnie ciężyła jej nad głową. Wkrótce jednakże kilku oficerów z marynarki otoczyło go wesołym gronem i wśród żartów i śmiechów uprowadziło do bocznej komnaty, z której dolatywał ciągły brzęk butlic i kielichów. Kornelius opierał im się długo, po drodze jeszcze ciągle głowę w tył obracał i niespokojne spojrzenia ciskał na Hedwigę. W końcu wszakże czy dał się porwać kielichowej pokusie, czy dał się olśnić towarzystwem paniczów, których nagła uprzejmość zawrotnie mu pochlebiła, dość że coraz miększy stawiał opór, dał się zaciągnąć do progu bokówki, raz jeszcze spojrzał na salę i zniknął.