Skończył się taniec wianków, muzyka na chwilę przycichła. Pani Flora znów ku nim nadbiegła w towarzystwie pana Wojciecha Zabokrzyckiego, obersztera od Wodnej Armaty. Oboje śmiali się do rozpuku.
— A co?! — wołała. — Nie mówiłam? Wyciągnęli mu, wyciągnęli!
— Co? Komu? — pytała zahukana Hedwiga.
— Sam waszmość, panie oberszterze, powiedaj, bo ja od śmiechu ledwie co zipię.
— Owóż — mówił pan Wojciech — bogini Flora z Olimpu dała rozkaz wojskom jego królewskiej mości, aby jej przyniosły klucz zaklęty. My tedy zaraz onego czarnoksiężnika, co go dzierży, wiedziemy do bokówki, o tam! I w gardło mu lejemy, co się zmieści! Ale chłop tęgi, choć to nie ma korda958 przy boku, nie da przystąpić do się959. Pić pije, a do konfidencji ani rusz. Więceśmy go wsadzili do lochu.
— Jak to? Do więzienia? — zapytała z przestrachem Hedwiga.
— Ech, jeszcze nie! Trza wacpannie wiedzieć, jako pod tą strukturą960 jest loch kieby961 kościół, kubek w kubek taki duży jak ta sala, jeno pół niższy, a cały sklepisty, że człek tam siedzi jakby w kamiennym jaju. Tam stoją rzędy beczek z różnością małmazji962. Tam tedy my przywiedli onego utrapionego mruka i jak zaczęli go czarować, a to węgrzynem, a to petercymentem, a to ratafią963, spił się jak sztok, jak bela, no po prostu jak Ollender. W końcu rym o ziemię. Dalej my po kieszeniach macać i oto jest on klucz zaczarowany. Raczże, zacna bogini, przyjąć go propria manu964, razem z kluczami mego serca, którego forteca wdzięcznie kapituluje przed atakiem twoich kupidynowych łuczków.
Tu podał ogromny, misternie rzezany klucz od wchodowych965 drzwi Bursztynowego Domu.
Pani Flora, biorąc go w pulchne paluszki, rzekła:
— Nad elementami onej kapitulacji musi jeszcze cały Olimp dyszkurować966; tymczasem to trofeum przyjmujemy jako wdzięczny zadatek waszmościnej służby. No, Hedwiga, teraz już będziesz mogła wracać doma, kiedy jeno zechcesz.