— Przysięgam przed Bogiem, że niczyją żoną nie będę, jeno waszmościną.
— A! Tak to dobrze! — zawołał i przycisnąwszy ją do bijących piersi, puścił się z nią w jakiś taniec szalony, w którym już nie wiedziała, na jakim jest świecie, czy to sen czarodziejski, czy to już raj po śmierci. W duszy tylko powtarzała sobie ciągle:
„Ach, jeszcze! Jeszcze!... Daj Boże tak na wieki!”
Nagle stanął i drgającym głosem szepnął:
— Życie moje! Chciałbym ci coś powiedzieć, ale boję się...
— Waszmość się mnie boisz? Mnie, lichej dziewczyny? Jakoż to być może?
— O, i bardzo być może. Skazany boi się, kiedy ma usłyszeć dekret. A wacpanna masz ferować957 na mnie dekret życia lub śmierci.
— Co ja mam ferować? Gadajże waszmość prędzej, bo i mnie już strach bierze.
— Nie, nie, jeszcze wolę czekać... tyleć mojej sperandy.
I znów ją porwał w taniec, i coraz mocniej przyciskał do łona, i coraz ciaśniej okręcał spojrzeniem, a jej dusza wiła się w tym objęciu jak mała ptaszyna w orlej szponie.