Toteż przystępowałyśmy do niego z obawą i jakby z ostrożnością. Przybity osłabieniem czy myślami, nie spostrzegł naszego wejścia; dopiero ujrzawszy nas przed sobą ocknął się, uśmiechnął z uprzejmością człowieka światowego i obie ręce wpił w poręcze dla podźwignienia się z fotelu. Pani Marta swoim grubym poczciwym głosem zabroniła mu tej grzeczności niewczesnej u chorego; z ogromnej sakwy, którą wiecznie nosi pod salopą12, wydobyła flaszeczkę starego wina, świeże bułki, funt bulionu i różne inne praktyczne przysmaki, które się zwykle w takich razach przynosi.

Ustawiłyśmy wszystko na kulawym stole, pełnym jakichś pudełek i gracików o nieopisanych kształtach, a namówiwszy chorego na kieliszeczek kordiału, zaczęłyśmy się dopytywać powolutku, jak najdyplomatyczniej, dla nieobrażenia jego miłości własnej, o jego przeszłe koleje, o sposoby zaradzenia dzisiejszym niedostatkom, o rodzaj lekarstw, jakie by mogły mu posłużyć.

Pan Cezary odpowiadał z grzecznością i umiarkowaniem człowieka dobrze wychowanego, a przy tym z jakąś rezygnacją łagodną i jakby innym światem już tchnącą, która nas głęboko wzruszyła. Na wszystko się uśmiechał, za wszystko dziękował potulnie jak dziecko, ale pytania o przeszłość zbywał milczeniem lub ogólnikami, a z naszych pocieszeń i obietnic nie widziałam, aby choć jedno słowo sprawiło mu prawdziwą radość.

Dopiero kiedy się dowiedział, że przybyłyśmy wskutek listu, twarz jego nieco się rozjaśniła.

— Wiecie więc, panie, o co głównie, o co jedynie mi chodzi...

— Wiemy, wiemy — prędko odparła pani Marta — ale o tym potem, teraz nam tylko pan wyzdrowiej...

— Szanowne panie — odezwał się mocniejszym głosem — rozmówmy się szczerze: jeżeli przyszłyście, jak już niejedna litościwa osoba przychodziła, nie dla urzeczywistnienia mojej myśli, ale dla chwilowego wsparcia mojej nędzy, dla podtrzymania moich sił fizycznych, o! to lepiej opuśćcie mię od razu. Ja nie jestem zwyczajny Łazarz. Szkoda waszych zachodów. Dopóki nie będę mógł wrócić do mego przedsięwzięcia, dopóty i nie odzyskam zdrowia, bo tylko ta niemożność mię zabija. Jeżeli nie możecie spełnić mego żądania, po co na próżno oddalać śmierć i tak dość powolną? Po co gwałtem przytrzymywać mię na tym świecie, który nie chce dobrodziejstw, jakie Bóg miał mu zesłać przeze mnie? Czyż nie lepiej zaprzestać już tej bezużytecznej walki i co prędzej podążyć na te inne światy, gdzie znajdę od razu rozwiązanie wszystkich zagadek, nad którymi tutaj bezsilnie się męczę?

— Fe, co też to asan13 gadasz!... — ofuknęła go pani Marta, która w przystępach złego humoru z „pana” zwykle przechodzi na „asana” — co też to asan wygadujesz! Dopóki Pan Bóg żyć każe, to trzeba żyć i basta.

Pan Cezary spojrzał na nią z niewymowną rzewnością i odpowiedział solennie:

— Toteż, jak pani widzi, żyję.