— Wszystko.
— Na miłość boską, co panu po nich?
— To moja tajemnica.
Pani Marta, która w ogóle nie lubi czekać, zniecierpliwiona małomównością pana Cezarego, dawała mi z daleka znaki zachęcające do szybszej inkwizycji. Zaczęłam więc mówić głosem coraz bardziej stanowczym:
— Każdą tajemnicę zwykło się szanować. Jednak, na ten raz, przyznaj pan, czyż nam się nie należy troszkę więcej zaufania? Gdyby jeszcze tylko o nas chodziło, ale pan żądasz, abyśmy drugich namawiały. Cóż my tym drugim powiemy? Któż zechce łożyć na poszukiwania, póki nie wie, czego pan szukasz?
— Tak, tak — poparła mię towarzyszka — żebyś pan jeszcze chciał tylko zachęty, rady, ładnych słówek, nawet artykułów gazeciarskich, no, to może na chybi trafi niejeden by je sypnął. Ale kiedy sięgasz do worka, oho! dotykasz czułej struny ludzkiej. Kto płaci, chce doskonale wiedzieć, za co płaci.
— Łaskawe panie! — odrzekł chory, składając ręce ruchem wzruszającej błagalności — macie słuszność, zupełną słuszność. Ach, żebyście wiedziały, co mię wstrzymuje! To właśnie wasza dobroć, którą chciałbym niejako wypróbować, aby wiedzieć, do jakiego stopnia mogę liczyć na waszą wyrozumiałość. Jeżeli ociągam się i waham, to nie z braku zaufania, ale z obawy, aby za prędko was nie zrazić, tak jak zraziłem już wielu! Bo nie raz, i nie dwa, ale dziesięć razy próbowałem opowiedzieć historię mego życia. Cóż panie powiecie? Jeszcze nie znalazłem człowieka, co by ją wysłuchał do końca. Zwykle w połowie opowiadania goście moi przypominali sobie nagle jakiś gwałtowny interes i odkładali resztę do przyszłych odwiedzin, które nigdy nie następowały, albo też mrozili mię taką lodowatością, kłuli takim zoilostwem, że sam nie chciałem dalej mówić. A! W książkach to największe cudactwo połykają chciwie, byle drukowane, to już wierzą, a kiedy człowiek opowiada, co przebył osobiście, na co patrzył własnymi oczami, to kręcą głową, nigdy im nie dosyć dowodów. Pewien jestem, że gdyby moje dzieje ukazały się w książce, upstrzone błyskotkami modnego stylu, pod różową okładką, niejeden by się do nich zapalił. Ale że to mówi biedak schorzały, trzęsącym się głosem, w izbie obdartej, wszyscy ruszają ramionami.
— No, już my nie będziemy ruszały, my wysłuchamy cierpliwiej, nawet z prawdziwym współczuciem.
Tak odpowiedziałam, i mówiłam szczerze. Głębokie przekonanie tego człowieka udzielało się mimowolnie, uprzejmość jego i zupełna przytomność rozpędzały wszelkie przypuszczenia jakiejś choroby umysłowej. Naprawdę zaciekawiona, upatrzyłam rodzaj ławy czy szlabana zasłanego słomą i mnóstwem ślusarskich, a może złotniczych narzędzi; zgarnąwszy to wszystko na jeden koniec, siadłam i przyzwałam panią Martę. Ale ona była zajęta zwierciadłami, zaglądała pod wszystkie szmaty i kiry, wołając:
— Fiu, fiu! Co tu pyszności! Żadne nie stłuczone, a co za ramy! O, te na przykład, zwierciadlane! Mój panie — dodała siadając na ławce — nie pojmuję doprawdy takiej wytrzymałości. Jak to? Pan z głodu przymierasz, a masz pod ręką przedmioty, za których cenę przynajmniej rok wyżyć można? Ja, na miejscu pańskim, byłabym je dawno sprzedała, a za lepszych da Bóg czasów nowe sobie kupiła. (Gdybym się notabene tak przepaściście w nich kochała.) Przecież zwierciadeł nigdy nie zabraknie?