— O nie! — zawołał, żywo podnosząc głowę i oglądając się dokoła, jakby zaniepokojony, czyśmy czego nie poruszyły. — Niech Bóg broni, ja tu nic nie pozwalam tykać... Zresztą, możnaż co jeszcze wymagać od ludzi, którzy i tak mi tu przez całe lata pozwalają mieszkać, chociaż od całych lat nie widzieli grosza komornego? Z początku płaciłem, o! i mocno! Byłbym ten pokój wybrukował złotem, byle w nim pozostać... tego pokoju nie zamieniłbym za pałace. Ach! owszem, to dobrzy ludzie, przecież mogliby ten pokoik odnająć za gotówkę, a oni trzymają mię i trzymają, wzruszeni mymi prośbami, bo dobrze wiedzą, że tylko tu jeszcze żyć mogę... tu mam wspomnienia, po których może na koniec trafię do tajemnicy... w tych ścianach może spoczywa klucz tego odkrycia...

Na te ostatnie wyrazy mimowolnie podniosłam oczy, byłabym chciała wzrokiem poprzeszywać te cegły, sprawdzić, czy między nimi nie tai się jaki skarb zamurowany, jaki rękopis drogocenny. A pod urokiem tego zaciekawienia cały pokój wydał mi się innym, rozświecił się tęczowymi promieniami obietnic i zrozumiałam, że wszędzie człowiekowi dobrze, gdzie przywiązuje go jakaś nadzieja.

Zaczęłam pilniej się rozglądać. Najwięcej uwagę moją zwróciła księga leżąca tuż przy chorym na oknie; było to in folio bardzo grube, oprawne w skórę niegdyś czarną, dziś popękaną i wygryzioną od zniszczenia; wielka liczba różnobarwnych papierowych zakładek, brzegi kart wyżółkłe i poskręcane świadczyły o długim jej użyciu. Patrząc na nią myślałam sobie: Oho! Z tej księgi dowiedziałybyśmy się pewnie wszystkich sekretów, których posiadacz tak zazdrośnie strzeże... A wzrok mój musiał wyrażać wielką chciwość, bo chory nagle podniósł rękę, położył ją i przycisnął na księdze, jakby chciał bronić drogich kartek od napastowań ciekawości.

Widząc, że tą drogą nic nie otrzymam, zapytałam nagle:

— Czy pan czasem nie byłeś malarzem?

— Ja, malarzem! Dlaczego? — odparł widocznie urażony.

— Bo tu przy ścianach widzę mnóstwo obrazów; myślałam, że to dzieła pańskie. Czy nie? Może to utwory jakich dawnych mistrzów? Trudno o nich sądzić, póki są odwrócone, ale muszą być chyba nieoszacowanej wartości, kiedy pozbywając się wszystkiego, nawet rzeczy najpotrzebniejszych do życia, z tymi jednak pan się nie mogłeś rozstać?

— To nie są obrazy — odpowiedział — a raczej owszem, dobrze pani mówisz, to są obrazy, ale nie ludzką ręką malowane...

Mówiąc, wychylił się z fotelu, sięgnął po jeden z najbliższych, pomniejszych obrazków i obróciwszy go dobrą stroną ku światłu, pokazał nam nieduże okrągłe zwierciadło.

— A!... — zawołałyśmy obie z podziwem. — I wszystko to są zwierciadła?