„Nie mów, młodzieńcze, że zemsta cię nie pociąga, o! to wielka rozkosz, choćby dla możności przebaczenia. To nie sztuka nie mścić się, dopóki nie wiesz, kto cię skrzywdził, ale wiedzieć i nie szukać zemsty, a! to zasługa i wewnętrzne zadowolenie, które także coś warte, zwłaszcza kiedy nic nie kosztuje.”

Patrzyłem na niego ze zdumieniem, chcąc odgadnąć, czy mówi z przekonania, czy z ironii? Dwuznaczny jego uśmiech zostawiał mię w wątpliwości, a przy tym nie mogłem sobie wytłumaczyć, dlaczego ten nieznajomy tak zajmuje się moim losem, jaką w tym widzi dla siebie korzyść?

Szybko wyprowadził mię z niepokoju, mówiąc: „Ale nic darmo na tym świecie. Jesteśmy obaj w nędzy i możemy wzajemnie oddać sobie przysługę. Mam nadzieję, że jeżeli odzyskasz przeze mnie majątek, cząstką jego choćby najmniejszą mię nagrodzisz, i tym darem wesprzesz moje naukowe prace. Jak ma być wielką ta nagroda, to już zostawiam twojej szlachetności.”

Z mimowolnym zapałem ścisnąłem jego rękę i przyrzekłem, że nie zawiedzie się na mnie, a nadzieja ma tak wszechwładny urok, że przez chwilę uniosłem się na jej skrzydłach i pomyślałem sobie: Rzeczywiście, jeżeli ten człowiek wróci mi majątek, stanie się moim dobroczyńcą. Po chwili uśmiechnąłem się z mojej łatwowierności, ale obietnicy nie cofałem, bo i po co? Obiecanka za obiecankę.

Profesor ciągnął dalej: „Byłbym łatwo mógł bez twojej pomocy wykonać doświadczenie i papier znaleziony w tryumfie ci oddać. Ale jeżeli go kto zniszczył, nie mógłbym poznać szkodnika, bo nie znam twojej rodziny. Chciałem więc, abyś na własne oczy widział przeszłość, a przy tym... dawno szukam adepta.”

„A teraz, dodał uroczyście, oto jest Ewangelia. Przysięgniesz mi, młodzieńcze, że cokolwiek zobaczysz i cokolwiek znajdziesz, nikomu nie opowiesz twoich widzeń, dopóki ja będę na tym świecie lub dopóki nie zwolnię cię z obietnicy. Przysięgniesz jeszcze, że nigdy nie będziesz podpatrywał mego sekretu ani sposobów, jakimi go się wykonywa31, że się zadowolnisz32 tą cząstką tajemnicy, do której cię przypuszczę; kiedyś może wszystko ci odkryję... pierwej muszę dobrze poznać twoją duszę, bo nie każda jest zdolna do zniesienia takich objawień. Tymczasem niech ci i to wystarcza, że ci nastręczam korzyści doczesne.”

Byłem dziwnie opanowany jego przekonaniem, przy tym, według mądrych słów profesora, nie miałem nic do stracenia, próbować nic nie kosztowało, przysiągłem.

Hallucini klasnął w ręce, wołając: „No, teraz do dzieła. A najprzód zacznijmy od środków czysto ludzkich, może obejdziemy się bez cudów. Obejrzyjmy raz jeszcze biurko.”

Stał biedny kantorek przy drzwiach. Wysunąłem wszystkie szuflady i kryjówki; były puściutkie, papiery już powyrzucano. Hallucini machnął ręką, ustawił zwierciadło na sztalugach naprzeciw okna, trochę skośnie; na drugich sztalugach, daleko wyższych i szerszych, rozwiesił sztukę czarnej materii podobnej do płachty, jaką tu panie widzicie, tylko tamta była świeższa, jakaś błyszcząca i chrzęszcząca jakby kitajka33 angielska. W kilku miejscach miała maleńkie okrągłe otwory podobne do okienek wycinanych w kortynie34 teatralnej. Professor to wszystko przesuwał, nastawiał pod różnymi kątami, na koniec dobrze mu wypadło, cała przestrzeń szklana nic nie odbijała, tylko jednolite tło czarne.

Przypatrywałem się ze źle ukrytym uśmiechem i uczyniłem uwagę, że przynajmniej wypadałoby postawić inaczej biurko, bo stojąc za lustrem, na nic nam się nie przyda.