Hallucini roześmiał się wzgardliwie: „A to po co? Biurko mogłoby wcale nie stać w tym pokoju, mogłoby o sto mil od nas się znajdować, jeszcze je zobaczymy, i wiele innych rzeczy.”

Następnie wyjął z szafy swoją machinę cudotwórczą; bardzo ona skromnie wyglądała z pozoru, mogę paniom pokazać tę samą, a przynajmniej taką samą, bo parę ich posiadał.

Pan Cezary, zelektryzowany opowiadaniem, lekko wstał z fotelu i spomiędzy tysiącznych rupieci wyciągnął skrzynkę czarną, podobną do przyrządu fotografa albo do latarni czarnoksięskiej35.

— Patrzcie, panie, oto całe zaklęcie. Kto by powiedział, że tyle dziwów leży w tej ubogiej skrzynce? A były w niej, były!... Owego dnia Hallucini na maleńkim stoliczku przystawił ją do czarnej zasłony; tę wystającą lunetkę wsunął w jedno z okienek, a do innego otworu kazał mi oko przyłożyć. Pierw jednak dawał mi różne przestrogi, na przykład mówił: „Pamiętaj, że wszystko będzie nam się przedstawiało w stosunku odwrotnym co do czasu, i tak najprzód zobaczymy ubiegłe godziny dnia dzisiejszego, potem dzień wczorajszy, potem onegdajszy i coraz dalej, zawsze cofając się w przeszłość.” Przy tym ostrzegał mnie, abym się nie lękał, abym nad sobą panował. Na koniec kluczem nakręcił skrzynkę, jak się nakręca szkatułki grające, zawołał: „Baczność!” i puścił w ruch tajemny przyrząd, w którym coś zaczęło z lekka warczeć.

Patrzyłem przez otworek, dusząc się od śmiechu. Owe napomnienia, abym się nie lękał, jak najgorzej mię usposobiły, pewien byłem, że zobaczę jakieś straszydło na dzieci, jakąś prostą szarlatanerię.

Po chwili na czarnym tle kryształu zobaczyłem część pokoju, ale tę, co była za zwierciadłem, tę, którą zwierciadło odbijało, zanim profesor postawił je na sztalugach. Widziałem siebie rozmawiającego i... przysięgającego na księdze.

Dreszcz mię przeszedł.

Potem pokazały się jakieś ręce i twarze. Były to postacie tragarzy odbite w chwili, kiedy ustawiano lustro.

Później mignęło kilka ścian, sionek, zrobiło się nagle wielkie światło, zobaczyłem otwarte niebo i szereg kamienic, które przelatywały szybko jakby w oknie wagonu. „Co to jest?” pytałem. Profesor, który także patrzył przez jeden z otworów, odpowiedział, że to są wszystkie ulice, przez które niesiono za nami zwierciadło.

Jedną razą36 pokazał mi dziedziniec z licytacją, nogi mnóstwa osób długo migotały, aż z nagła znów nastało inne oświetlenie i ujrzałem, ach! wystawcie sobie, co ujrzałem — pokój mego opiekuna.