Pod tym wrażeniem zaćmiło mi się w oczach, jednak rozgorączkowanie ciekawości przemogło, patrzyłem dalej: właśnie wynoszono meble; wkrótce znów odnalazłem je wszystkie na miejscu i nastała spokojność, nikt nie wchodził, nikt nie wychodził, tylko przez okna widać było kilkakrotnie wschód i zachód słońca; nastawały pory zupełnej ciemności, były to noce, po których dni schodziły szybko, bo machina była puszczona wielkim pędem i wszystko w zwierciedle działo się daleko prędzej, niż działo się w rzeczywistości. Kilka razy o zmierzchu spostrzegłem jakiś słup szarawy, który się przesuwał przez pokój; dla szybkości wizji nie mogłem dobrze go rozeznać, zapytałem, co to jest?
Hallucini chwycił mię za rękę i odprowadzając do krzesła, powiedział: „To pewno złudzenie zmęczonego wzroku... nie trzeba za długo patrzeć... odpocznij, teraz się przesuwają dni bez wielkiego znaczenia, dni, w których dom stał pustkami.”
Ścisnąłem jego rękę, mówiąc: „Wielkie odkrycie! Olbrzymie odkrycie!” I siadłem porażony, złamany. Nie, najokropniejsze straszydła nie mogłyby mocniej mię przerazić niż takie wierne, proste powtórzenie przeszłości. Siedziałem długo, z twarzą ukrytą w rękach, z myślami wirującymi w tysiącu przewidywań i przypuszczeń.
Nagle profesor zawołał: „Teraz patrz!” Skoczyłem i spostrzegłem scenę, w której moi kuzynowie natrząsali się ze mnie. Obelgi nie dochodziły moich uszu, ale z gestów poznawałem, patrzyłem na samego siebie jakby na obcą osobę, dziwując się dumie moich ruchów i spokojowi mojej twarzy, bo ja jeden wiedziałem, co się wówczas działo w mojej duszy. Cały ów ohydny dramat odegrał się po raz drugi przede mną, tylko jakiś dziwny, nielogiczny, bo w odwrotnym porządku chwil. Widziałem obszukiwanie mebli, różne pomniejsze ruchy, potem zrobiło się ciemno, tylko przez szpary zamkniętych okiennic wpadał czasem ukośny promień; weszliśmy w te dni, kiedy pokoje stały zapieczętowane.
Jedną razą coś błysnęło — to gromnice... żałobnicy wynoszą w otwartej trumnie zwłoki. To on! to mój opiekun! I znowu widzę te zwłoki, ale na łożu, świece w nogach się palą, ksiądz siedzi u wezgłowia, a służba i kilka osób z rodziny kręci się w pokoju. Profesor woła: „Teraz uważajmy, bo jeżeli kiedy skradziono owo pismo, to w tym dniu.”
Ja jednak nie mogłem ciągle patrzeć na biurko, inny przedmiot odciągał moje oczy, rzecz straszna i zachwycająca... ale o tym dziś wolę nie mówić... sam wówczas nie dowierzałem oczom, a z wielkiego wrażenia nawet pytać nie śmiałem.
Przyszła chwila, w której okrzyk straszny wydarł mi się z piersi... zobaczyłem nieboszczyka nie na łóżku, ale na podłodze, i to wpół żywego, pasującego się z cierpieniem... była to chwila nagłej śmierci.
Widziałem popłoch w domu, sfrasowanych lekarzy, cały próżny ratunek. A potem... widzę mego opiekuna żywego! Siedzi przy stoliku, pije kawę z wesołą twarzą; ach! to owo ostatnie śniadanie, po którym padł bez duszy. Na ten widok łzy mi się z oczu puściły, byłbym chciał rzucić się do zwierciadła i całować nogi dobroczyńcy; nagle w przyrządzie coś trzasnęło, wszystko w zwierciedle znikło i samo czarne tło zostało.
Profesor objaśnił, że sprężyna wyszła i trzeba cały przyrząd na nowo nastawić. Ja ledwo rozumiałem, co do mnie mówił; rzuciłem się w jego objęcia, całowałem go po ramionach, wołając: „O wielki człowieku! o mój dobrodzieju!... Choćbyś mi już nic więcej w życiu nie wyświadczył, nigdy ci nie zapomnę tej chwili. Przez ciebie widziałem raz jeszcze tego, co był mi ojcem! I to żywym!”
Chodziłem po pokoju, nie wiedząc ani co mówię, ani co wyrabiam. Hallucini, widząc mię tak wzburzonym, nie nastawił drugi raz przyrządu, tym bardziej że się już zmierzchało. Zmartwiła mię okropnie ta przeszkoda, byłbym chciał dzień i noc patrzeć, błagałem, czy nie można użyć lamp i przy nich dalej badać? Profesor mi odpowiedział, że można, że nieraz próbował doświadczeń przy wielkim sztucznym oświetleniu, ale obrazy wówczas bywały mniej pewne, a zdarzenia, dodał, które chcemy widzieć, są nadto ważnymi, aby je puszczać na traf niewyraźnego światła.”