Minęły potem lata, Europa w różnych przewrotach jak wąż kilka razy odnowiła skórę, nastały inne czasy, o zbiegu dawno zapomniano, nikt za nim nie gonił, nikt go nie wyśledzał, on jednak ciągle zmieniał nazwiska i postacie, widmo więzienne wszędzie za nim chodziło i nawet w czasach, kiedy go poznałem, jeszcze zdawał się żyć pod nieustanną groźbą.

Całą tę historię podchwyciłem tylko z urywków, z nie dokończonych wyznań i nigdy może nie byłbym dobrze jej zrozumiał, gdyby nie przypadkowa okoliczność, która mię na prawdopodobny ślad naprowadziła. Dostałem zwierciadło niezmiernie ciekawe; było z boku nadpęknięte, ale środek jeszcze wybornie pokazywał; w nim znalazłem ani mniej, ani więcej, tylko żywy diariusz kongresu wiedeńskiego. Musiało to lustro wisieć w głównej sesjonalnej sali; później dla owego uszkodzenia pewnie zostało wyrzucone i nowym zastąpione, a nikt się nie domyślał, że z nim razem wyrzucono hieroglify przeszłości i że znajdą się ludzie, którzy je potrafią odczytać. To zwierciadło niezmiernie mnie bawiło; dla mojej wyłącznej uciechy odbywały się po raz drugi wszystkie te olbrzymie posiedzenia, którym w historii niewiele jest równych, bo na tym kongresie około pięciuset członków zasiadało. Przeciągały przede mną postacie monarchów i całej ówczesnej dyplomacji, która liczyła tylu mądrych a strasznych ludzi; poznawałem ich łatwo z portretów, a żywo mię obchodzili, bo wielu z nich jeszcze żyło i światem kierowało; dziś nawet podobno jeszcze się niektórzy trzymają.

Pewnego dnia w najlepsze się przyglądam i spisuję scenę, kiedy do mnie wchodzi Hallucini. Wołam uradowany: „A! Jakże się cieszę z odwiedzin, chodź pan prędko i patrz, jak się to robią tytaniczne bigosy.”

Profesor siada, patrzy w okienko, a ja mu, jakby w szopce, wymieniam figury, które już wystudiowałem: „Oto wąska, idealnie lisia sylwetka Talleyranda69... tu znowu smocza głowa Hardenberga70... tam z boku siedzi Nesselrode71, rysy nieruchome i bezkolorowe jakby z lodu...”

Podczas moich uwag w głębi zwierciadła drzwi się otwierają i wchodzi człowiek z profilem szakala, z piersią okrytą gwiazdami. „O, teraz patrzmy, wołam, oto prawdziwy monarcha kongresu, książę Metternich72...”

Mówiłem najspokojniej, a tu mój profesor jak się nagle zerwie... z krzykiem lwa zranionego rozdarł zasłonę i pięścią uderzył w zwierciadło, tak że je rozbił na sztuki, wołając w najgwałtowniejszym gniewie: „O! ten człowiek! ten człowiek!” Po chwili ochłonął, zmieszał się i tłumaczył w sposób niezrozumiały, ale ja zrozumiałem wiele, zrozumiałem nade wszystko, ile musiał wycierpieć, kiedy on, sfinks niewzruszony, od stóp do głowy zakuty w zimną ironię, mógł unieść się do takiego zapomnienia.

O tak... wycierpiał wiele, bo nie dość na tym wszystkim, co opowiedziałem... w jego życiu zaszło jeszcze inne rozczarowanie, może gorsze, boleśniejsze... zawód, który istotnie mógł na zawsze wyleczyć ze wszelkiej wiary do ludzi.

— Cóż znów takiego? — zapytała pani Marta coraz goręcej zajęta.

— Ja nie byłem pierwszym jego uczniem. Przed wielu laty, we Florencji, spotkał młodzieńca zachwycającego rozumem, wymową i wszelkimi darami Nieba. Młody człowiek nazywał się Angelo, zdawał się też dobry jak anioł, a do mistrza przywiązany jak gdyby syn z ducha. Profesor dał się zupełnie podbić jego urokowi, przypuścił go do wszystkich swoich tajemnic, dzielił się z nim zyskami i chciał się podzielić przyszłą chwałą. Aż tu dnia jednego, wszedłszy przypadkiem do introligatora, spostrzega świeżą, wilgotną jeszcze książkę, w której Angelo całe jego odkrycie ogłasza za swoje, szczegółowo je objaśnia i z najbezczelniejszą dumą się nim chwali. Autor potrafił całą robotę wydawniczą przeprowadzić w ścisłej tajemnicy; dzieło było już wydrukowane w dwóch tysiącach egzemplarzy, za kilka dni miało się na świat ukazać, tylko jeszcze je zszywano i brakowało okładek. Hallucini, płacąc podstępem za podstęp, z niesłychanymi ofiarami całą edycję zakupił i zniszczył, a zdrajca Angelo...

Tu pan Cezary się zatrzymał.