— Po co szukać tak dalekich podobieństw? — rzekła pani Marta. — Powiedz pan, że to jak stadło63 niedobrane.
— Ma pani słuszność. Oj, niedobrane! Czasem doprawdy żałowałem, że się testament odnalazł; byłbym wolał nigdy nie odzyskać spadku, a mieć ręce rozwiązane i żyć jak inni ludzie. Czasem znowu karmiłem nadzieję, że mego socjusza64 przerobię; nie wiem, czy grał przede mną komedię, czy istotnie wywierałem wpływ na jego duszę, czy tylko przyzwyczajenie zaślepiało mi oczy, ale były epoki, w których mi się wydawał jakiś lepszy.
A przy tym im więcej poznawałem przeszłość tego człowieka, tym się mniej dziwiłem nieufności i goryczy, jakie w nim wyrobiła. Przechodził on przygody straszne, niezaprzeczenie straszne, a co mię zastanawiało: nie szukał w nich żadnej chluby, nie stawiał się jak ofiara ani jak bohater; nie lubił nawet o tych przygodach mówić, musiałem gwałtem z niego wyciągać opowiadania. Czy uwierzycie, panie? Do dziś dnia jeszcze nie wiem, jak się rzeczywiście nazywał. Zaraz po naszym pierwszym spotkaniu oświadczył, że nazwa Halluciniego jest fantazyjnym pseudonimem, i powiedział mi pod sekretem drugie, prawdziwe nazwisko. Ale po kilku latach wyznał, że i to drugie jeszcze nie jest prawdziwym, i wymienił trzecie; a gdy potem kilkakrotnie następowało podobne odwoływanie, sądzę, że wszystkie musiały być fałszywe.
— Podejrzana figura... — wtrąciła pani Marta.
— Niezaprzeczenie. Ale nie udawał szczerego, jawnie sobie z ludzi żartował. Kazał się nazywać „profesorem”, a kiedy pytałem, gdzie i na jakiej zasiadał katedrze, mówił, że w Benares wykładał kurs robienia esencji różanej albo że w San Francisco był profesorem deklamacji. Pod tymi bredniami ukrywał on postrach, bolesny i rzeczywisty postrach; zdaje mi się, że i włosy, fiołkowe, i cała jego postać były sztucznie zmienione, a wszystko to wskutek tragicznego zajścia, jakie w pewnej stolicy miał z pewnym ministrem. Mam porozumienie65, że ta stolica leży nad Dunajem, bo w naszych podróżach z dziwnym uporem nie chciał nigdy jechać do tego miasta ani nawet przekroczyć granic tego państwa. Nazwiska ministra także się domyślam, chociaż go ani razu nie wymienił. Musiał to być ów potężny dyplomata, co przez pierwszą połowę naszego wieku trząsł z Wiednia całą niemal Europą, sławny z olbrzymiego rozumu, a jeszcze więcej z szatańskiej przewrotności.
Hallucini, dzięki zdradzieckim zwierciadłom, robił nieraz odkrycia równie ważne i jeszcze ważniejsze niż z moim testamentem. Otóż raz, szczęśliwym a raczej nieszczęśliwym trafem, odkrywa on okoliczność ogromnej politycznej doniosłości; jaką ona była, nie chciał nigdy powiedzieć, ale twierdził, że mogła zachwiać byt owego państwa, a szczególniej osobiste znaczenie ministra.
Idzie więc prosto do niego, wyjawia mu na wpół swoje odkrycie, podejmuje się za wysokim wynagrodzeniem objawić i resztę, a nawet rządowi tamtejszemu sprzedać sekret zwierciadlany, który w ręku mądrych dyplomatów mógł stać się kluczem nieledwie cudownej wszechwiedzy. Minister słucha go z najżywszym podziwieniem i jeszcze żywszą wdzięcznością, nazywa go wybawicielem, obiecuje mu złote góry, nie tylko fortunę, ale zaszczyty i łaski, na koniec prosi, aby na trzeci dzień się stawił dla ostatecznego podpisania umowy. Profesor wychodzi z duszą upojoną, już widzi się u szczytu marzeń. Ale na drugi dzień, pod pozorem jakichś formalności policyjnych nie dosyć ściśle dopełnionych, zostaje nagle przyaresztowany i wtrącony do najgłębszego więzienia. A wiadomo, czym były wówczas tamtejsze więzienia, dosyć czytać Silvia Pellica66. Z początku sądził, że czysta pomyłka, pisał dziesięć listów do ministra, nie wątpił, że wszystko stało się bez jego wiedzy, że lada godzina oburzony dygnitarz przyleci, aby go uwolnić i przepraszać. Ale schodziły dni, tygodnie, schodziły miesiące, a nikt się nie zjawiał. Wyobraźcie sobie, panie, dziewięć lat przesiedział w carcere duro67.
— Dziewięć lat! — powtórzyłyśmy z przerażeniem. — I za co?
— A tak, za co? Widocznie wiedział za wiele. Może minister zadrżał nie tylko o państwo, ale i o siebie; nie chciał, aby wolno chodził pod słońcem człowiek, przed którym on, potentat, musiał spuścić oczy; może lękał się, aby kiedyś, w chwili złego humoru, groźny mędrzec nie poszedł służyć innym rządom? Zresztą więzienny sposób dojścia prawdy był bezpieczniejszy i tańszy; po co honorami przytrzymywać ptaszka, kiedy można go przytrzymać w klatce? Po co płacić za sekret, kiedy go można darmo wyłudzić torturą? Brano też biednego profesora na męki najwyszukańsze; później chciano go zamordować latami zapomnienia i grobowej ciszy. Wszystko przetrzymał ze stałością godną lepszej sprawy. Lepszej mówię, bo cierpienia jego nie płynęły ze źródeł najszlachetniejszych; zamiast podzielić się z całą ludzkością swoim wynalazkiem, zamiast zbogacić nim naukę, chciał go obrócić na pożytek machiawelizmu68, użyć go za narzędzie władzy dla siebie i kilku potężnych intrygantów. Chciał za jego pomocą gubić drugich, zgubił samego siebie. Wszystko to prawda, niemniej przecież był ofiarą godną głębokiej litości i co przecierpiał, to starczyłoby za nie wiem jakie zbrodnie. Miał czas na rozmyślania... Zdaje mi się jednak, że nie umiał z nich wyciągnąć właściwej nauki, bo wyniósł stamtąd nie skruchę, nie uznanie sprawiedliwości boskiej, ale niepohamowaną zawziętość na los i na ludzi. Nie śmiem go potępiać... Któż z nas może ręczyć, jakim by wyszedł po dziewięciu latach więzienia?
Profesor był przekonany, że już nigdy nie zobaczy otwartego nieba, tysiąc razy przeklął swój wynalazek, co miał z nim razem zginąć w tych podziemnych piekłach. Jednak inna przyszłość była mu przeznaczoną. Zdołał uciec. Jakim cudem? Czy przy obcej pomocy, czy dzięki własnej mądrości? Tego nikomu nie powiedział; ale uciekł tak misternie, że zatarł za sobą wszelkie ślady i nawet w umyśle ministra zostawił uspokajające przekonanie, że podczas ucieczki na czółnie zatonął.