— Bóg raczy wiedzieć na co. Zawsze mówił, że mu potrzeba ogromnych sum na doświadczenia naukowe, i rzeczywiście prowadził je z wielkim nakładem, ale co jeszcze nierównie więcej pochłaniało, to jego codzienne niewyczerpane fantazje; zbytkował po kryjomu, głucho, ale kosztownie. To, co on zwał biedą, byłoby dziś dla mnie prawdziwym dostatkiem, ale bo też w jedzeniu i wszelkich nawyknieniach dochodził do epikureizmu, o jakim pierwej nie miałem pojęcia. I tak, na przykład, najdroższe tytunie nazywał mdłą trawą; jemu potrzebny był haszysz, ów narkotyk indyjski, którego tak trudno u nas dostać, a jednak musiałem go ciągle sprowadzać za bajeczne sumy, bo kilka dni przebytych bez haszyszu wtrącało go w ponurość i rozpacz. Takich niebezpiecznych nawyknień miał mnóstwo; w każdym kraju uczył się nowych, a zwiedziliśmy krajów niemało. Namówił mię na podróże, na które chętnie przystałem, bo moje rodzinne strony obrzydły mi po kilku latach dla nieustannych dokuczań, jakich doznawałem od obrażonych kuzynów i całej rodziny. Intrygami i obmową tak w końcu mocno podkopali mój spokój, tylu mi narobili nieprzyjaciół, że wolałem się wynieść. Objechaliśmy Europę i dalsze nawet strony. Hallucini prowadził dwór osobny i z początku wszystko mu ślicznie wystarczało. Bo trzeba paniom wiedzieć, że zaraz po odebraniu spadku oddałem mu na zupełną własność, urzędownie, czwartą część mojej fortuny.

— To ładnie — przerwała pani Marta.

— I mnie się też zdawało, że ładnie, ale professor niekoniecznie był mojego zdania; od pierwszej chwili spostrzegłem w nim przykre zdziwienie; może spodziewał się połowy? Udałem, że nie rozumiem przesadzonych wymagań, jednak ich pamięć mię korciła; zawsze to niemiło wiedzieć, że jest ktoś na świecie, co nas posądza o niewdzięczność. Postanowiłem innymi sposobami go obdarzać i tysiącem przysług dopełniać miary według niego niepełnej. W głównych stolicach bawiliśmy po roku, czasem i więcej; wszędzie co mogłem, skupowałem dla niego, dla siebie zaś prawie nic, chyba zwierciadła, o! już co tych, tom sobie nie żałował. Dzięki ich mnogości mogłem studiować różne ludy i obyczaje bez wychodzenia z gabinetu.

— Ale jakże się pan woziłeś z takim ogromnym przyborem? — spytała pani Marta.

— Nie miałem potrzeby wozić. Każde zwierciadło wypróżniłem aż do dna, wyssałem niejako z niego całą przeszłość, potem czyściuteńkie odprzedawałem, a na jego miejsce przychodziły inne. Nie mogę jednak powiedzieć, abym żył z samymi tylko zwierciadłami. Nie chcąc uchodzić za oryginała, pragnąc też poznać trochę i mój świat współczesny, oglądałem ciekawości, uczęszczałem do najlepszych towarzystw. Hallucini owszem nie chciał wcale w nich bywać; on wszędzie żył z samą Bohemią społeczną, z długowłosą bandą artystów i aktorów, między którymi królował jako Sułtan i Mecenas, pozwalając, aby go bawiono, wielbiono i — obdzierano.

Twierdził, że tylko w takich kołach istnieje prawdziwa zabawa, a potrzebował jej czasem gwałtownie, bo całe dni siedział nad księgami jak rabin. W każdym mieście miał dwa mieszkania: jedno urzędowe, tchnące anachoreczną57 surowością, przeznaczone do pracy i naukowych doświadczeń, drugie, tylko wtajemniczonym wiadome, kapiące od złota i przepychu. Tam swoim klientom i parasytom58 wyprawiał bankiety, o których wieść roznosiła babilońskie legendy; ja z samej prawie tylko wieści je znałem, bo spróbowawszy parę razy tych przyjęć, usunąłem się pełen dziwnego niesmaku, a gospodarz nie nalegał o mój powrót.

— To jednak wiele — zauważyła pani Marta — że ten człowiek pana nie popsuł.

— Może jedynie z tej przyczyny nie popsuł, że miałem do niego wysoką antypatię. Wymawiałem ją sobie jako niewdzięczność, walczyłem z nią jakby ze złą skłonnością, a jednak nie mogłem go szczerze polubić. Dość było, aby mi jaką przyjemność zachwalił, już traciła dla mnie cały urok; dość, aby mię do jakiego przedsięwzięcia namawiał, już mię doń odchodziła ochota. Nieraz też spotykałem u niego jakichś ludzi osobliwszych, o zbójeckich twarzach i odartych ubiorach, którzy za moim wejściem jak widma znikali. Przychodziło mi na myśl, czy to nie Cyganie, z którymi mógł po całym świecie utrzymywać stosunki jako rodzaj tajemnego wodza? Ale domysł ten nigdy nie wyszedł z granic przypuszczenia; może to byli po prostu faktorowie59, co mu ułatwiali setne interesa; bo miał ich wszędzie pełno; zdaje mi się, że handlował różnymi sekretami, że ludziom za grube pieniądze pokazywał wizje, ale tę całą stronę swego życia ukrywał przede mną, zapewne z obawy, abym się nie dowiedział, że posiada inne źródła dochodów, i nie ujął mu co z mojej szczodroty60, bo ten człowiek wszędzie podejrzywał61 zdradę i wyrachowanie. Ja nie miałem prawa ani ochoty wtrącać się w jego życie i choć wiele rzeczy mi się nie podobało, udawałem, że nie widzę ani słyszę, tym bardziej że i on nie mieszał się do mnie w niczym, nie odciągał mię od moich spokojnych upodobań. Czasem tylko z sardonicznym uśmiechem nazywał mię „niewiniątkiem”, „fenomenem białości”, ale na tym kończyła się cała wojna...

Przez kilka lat wszystko szło dobrze. Nagle Hallucini stał się ponury i opryskliwy. Pewnego dnia oświadczył mi... że jego majątek wyczerpał się co do grosza. Tę wiadomość donosił mi spokojnie, jakby rzecz najprostszą w świecie; zdawał się przekonany, że te sumy na to mu tylko dałem, ażeby je wydał, i że niezwłocznie nowymi je zastąpię. Zdziwiłem się i przeraziłem, jednak zdołałem jeszcze ukryć moje wrażenia i zapewnić go z nie mniejszym spokojem, że nie powinien się zbytecznie martwić i że póki ja cokolwiek posiadam, nigdy mu niczego nie zabraknie. Tak się też i stało. Wprawdzie, nauczony doświadczeniem, już kapitałów do rąk jego nie oddałem, ale mu wyznaczyłem ogromne dochody, a przy tym obsypywałem go darami, starałem się uprzedzać najmniejsze jego życzenia, tak że nie poczuł żadnej zmiany, chyba na lepsze. Przyjmował wszystko z uśmiechem, ale bez wielkich podziękowań, jako dług sobie należny, a jeśli czasem widział, że jego żądania wydają mi się zbyt wygórowane, jeżeli dostrzegł na mojej twarzy wahanie, zawsze umiał jakoś nastawić rozmowę na scenę testamentu i rzucał mi takie samo spojrzenie, jakie rzucił w owej pamiętnej chwili, kiedy odtrącając mój pierwszy uścisk, zawołał: „Zobaczymy, jak długo ta wdzięczność potrwa...” Wtedy i mnie chwytało poczucie honoru, przypominałem sobie, żem przyjął wyzwanie, i zgadzałem się z największą gotowością na wszelkie ofiary...

I znów kilka lat upłynęło bez burzy. Wprawdzie ciężkie to zadanie iść przez życie z człowiekiem nielubionym62, a z którym wiąże nas powinność nigdy nie mająca końca; to jakby dwaj więźniowie skuci jednym łańcuchem; chcieliby na dwa krańce świata się rozejść, a tymczasem jeden bez drugiego ruszyć się nie może.