— Przypuśćmy nawet osobę obdarzoną wrodzonym geniuszem do dzieł mechanicznych. Znaną jest historia pastuszka, co nigdy nie uczył się zegarmistrzostwa, a jednak, mając zegarek, zrobił drugi, podobniusieńki; ale pastuszkowi wolno było rozebrać przedmiot, co mu za wzór służył, wszystkie kółka rozkładać, mierzyć i trop w trop naśladować, a ja przysiągłem, że nie będę ani dochodził, ani żądał wydania tajemnicy. Czułem się spętany nie tylko przysięgą, ale i zobowiązującym zaufaniem Halluciniego, który tak mi dowierzał, że przez całe lata zostawiał szkatułkę w moich rękach; z początku sam ją urządzał, potem nawet nauczył mię, jak ją nastawiać i nakręcać. Doskonale rozumiałem budowę przyrządu, który ją w ruch wprawiał, ale na czym polegało wywoływanie widziadeł, tego nie mogłem zrozumieć.

— Czy być może? — zapytałam zdumiona. — I ów człowiek przez całe lata nie mówił z panem o swoim wynalazku?

— Owszem, prawie o niczym innym nie mówił. Ale tak umiał mistrzowsko władać słowem, że rozprawiając z niesłychaną obfitością i pozorną swobodą, nigdy się nie zapomniał, nigdy się nie zdradził; powoli wydał mi wszystkie skarby swojej wiedzy, wszystkie oprócz zagadki, co była ich kluczem. Kilka razy nawet zdawało mi się, że już się wygadał; wkrótce jednym słówkiem niszczył moje złudzenie, a wprowadzał na nowy domysł. I tak długo byłem przekonany, że cudowna siła leży w blaszce z jakiegoś nowego, nieznanego metalu, który zaścielał dno szkatułki; później mi się zdawało, że cały sekret polega tylko na niezwykłym kształcie i nastawieniu soczewek. Raz też z jednej rozmowy zrozumiałem wyraźnie, że szkatułka jest tylko narzędziem pomocniczym, a właściwa moc wyciągania obrazów ze zwierciadła zawiera się masie chemicznej, którą przesycona jest owa czarna tkanka. Może profesor umyślnie naprowadzał mię na fałszywe tory? Może we wszystkich tych przypuszczeniach była cząstka prawdy? W każdym razie całej nigdy nie posiadłem.

— I dlaczegóż nie chciał pana przypuścić do sekretu? — spytała pani Marta.

— Któż to zrozumie? Proszę pani, ja tego człowieka nigdy nie rozumiałem. Kilkanaście lat żyłem z nim najpoufalej, a dotąd nie wiem nawet, jakiej był narodowości. Długo sądziłem, że Włoch. Później, widząc jego dziwną łatwość do słowiańskich narzeczy, myślałem sobie, może Serb albo Mołdawianin, Iliryjczyk55 albo Dalmata, słowem jeden z tych mieszańców, gdzie Rzym i Bizancjum, Alanie i Słowianie zleli56 się w typ nieokreślony, ale silny. Jego budowa krzepka, zarost prawie niebieski od czarności zdawały się potwierdzać mój domysł. Ale później porobiłem odkrycia, które mi pomieszały szyki; dostrzegłem, że wszystkich języków świata uczy się z niezrównaną pojętnością, zachowując tylko zawsze jakiś maleńki akcent niepochwytny, którego z niczyim nie mogłem porównać. Dostrzegłem, że do każdego kraju przywyka z łatwością lgnącą jak przywiązanie, ale z równą łatwością odwyka i zapomina; widziałem, że o każdej religii mówił z gorącym zapałem, a w gruncie, o ile mi się zdaje, nie miał żadnej. Z tych wszystkich spostrzeżeń wyciągnąłem wniosek, że to musiał być nikt inny tylko Cygan, uczony, wycywilizowany, ale zawsze Cygan, bez domu, bez ojczyzny, bez wiary w nic ani w nikogo, a jeżeli miał jaką, to przed całym światem zazdrośnie tajoną. Odkryłem, że umie po sanskrycku. Powierzchowność jego także zgadzała się z takim pochodzeniem, a co najbardziej za nim świadczyło, to znajomość osobliwszych sekretów przyrodzenia, wyciągnięta pewnie z owej olbrzymiej mądrości indyjskiej, z której wszystkie nauki, wszystkie wieki czerpią i czerpią, a nigdy wyczerpać jej nie mogą.

— Tak, tak — przywtórzyła pół śmiejąc się pani Marta — musiał to być Cygan, toteż i pana ocyganił.

— Już to nie mogę powiedzieć, aby mię w czymkolwiek oszukał. Miałemże prawo czegokolwiek żądać? Przywrócił mi majątek, stanowisko, wszelkie przyjemności życia; byłże to powód, aby się miał jeszcze dzielić ze mną swoim skarbem najdroższym? Nie. Z początku wszystkie obowiązki stały po mojej stronie. Później nasze długi mocno się wyrównały... O, i jak jeszcze! Dziwiłyście się, panie, jakim sposobem doszedłem do nędzy? Odpowiedź bardzo łatwa: miałem Halluciniego.

Tu opowiadający uśmiechnął się z gorzką ironią.

— Gdybym miał żonę zbytnicę i trzech synów utracjuszów, nie wiem, czy by mię tyle kosztowali, co ten jeden człowiek.

— I na cóż on tak wydawał? — zawołałyśmy obie.