I pocałował zwierciadło —
I cały stał się kamieniem.
Ach, co to za arcydzieło! Co ten młodzieniec musiał tam widzieć, żeby aż skamienieć z podziwu, z przestrachu, może z żalu? Bo przecież nikt nie przypuści, aby miał się przyglądać jedynie odbiciu własnej osoby? Takie widowisko byłoby niesmacznym powtórzeniem historii greckiego Narcyza — nie, on tam widział coś więcej... Ach, można by tomy o tym pisać. O tych kilkunastu strofach można by powiedzieć jak o Fauście, że wieki miną, nim ludzie zgłębią tajemnice tam złożone.
Tak rozprawiając, pan Cezary wracał się jeszcze do różnych strof na wyrywki, głosem niejako podkreślał niektóre wyrazy, lubował się w każdym wierszu, zwłaszcza w dwóch ostatnich:
I pocałował zwierciadło —
I cały stał się kamieniem.
Ja także byłam zachwycona. Jednak, szczerze mówiąc, te ustępy z samych poematów czerpane nie wydawały mi się dowodami w przedmiocie, który wymagał podstaw naukowych. Ale nie miałam odwagi buntować się głośno przeciw powadze poezji, a przy tym chodził mi po głowie inny, ważniejszy zarzut, z którym pilno było mi wystąpić.
— Pan tedy chcesz za pomocą zwierciadeł wytłumaczyć wszystkie widzenia? Zgoda, póki chodzi o wypadki już minione, o postaci osób nieżywych. Ale te same legendy, na które się pan powołujesz, opowiadają jeszcze inne rzeczy: mówią o pokazywaniu duchów, nie samego kształtu nieboszczyków, ale prawdziwych duchów, a co więcej, mówią bardzo często o wyjawianiu przyszłości. Tu już nie wiem, na co się zdadzą zwierciadła, które w każdym razie tylko przeszłość mogą pokazywać?
— Najprzód81, proszę pani, co się tycze82 widywania duchów, twierdzę śmiało, że zawsze jest łatwiej zobaczyć je w zwierciedle83 niż w rzeczywistości. Panie patrzycie na mnie ze zdziwieniem i z niedowierzaniem? Zaraz się wytłumaczę. Duchy rzadko ludziom się pokazują, bo je wstrzymuje obawa bardzo słuszna: wiedzą, że człowieka nie przygotowanego widok ich może po prostu zabić... Nie mówię tu o wizjach wypływających ze świątobliwości; z takimi wizjami Bóg zsyła razem i siłę ich zniesienia. Ale dla ludzi żyjących po ziemsku, zakutych jeszcze w skorupie zmysłowej, wszelki widok nadprzyrodzony bywa niebezpieczny. Naszą naturę fizyczną ogarnia wówczas lęk śmiertelny, którego żadna odwaga duszy ani rozumu nie przemoże. Zresztą ta odwaga jest czystą fanfaronadą; nieraz mówimy, żebyśmy nie wiem co dali, aby zobaczyć ducha, a niech nam się objawi najlżejszy znak z tamtego świata, już truchlejemy aż do głębi wnętrzności i nie tylko my, ludzie słabych nerwów, ale najwaleczniejszy wojak, najdumniejszy filozof struchleje. Słyszałem nawet między gminem wieść dosyć rozpowszechnioną, że każda śmierć nagła jest niczym innym, jak tylko niespodzianym, piorunującym zobaczeniem ducha. Ów postrach nikomu nie uwłacza, nikogo nie powinien dziwić, jest to po prostu wrażenie konania, pierwszy przełom śmierci, który musimy koniecznie przebyć, jeśli chcemy spotkać się z tymi, co już śmierć przebyli.
Duchy to rozumieją. Toteż chodzą koło nas nadzwyczaj nieśmiało, dają nam drobniuchne sygnały, byle nas ostrzec o swojej obecności i wypróbować stopień naszego postrachu. Najczęściej lubią tynk wyrzucać z muru albo zapukać w ścianę, albo klamkę spuścić. Takie znaki wydają się na pozór śmieszne i dziecinne, a jednak są wzruszające, gdy wspomnimy, że pochodzą z ich wzajemnej obawy; ach, bo i one się boją, nie śmieją wyraźniej się objawić, a źródłem tej trwogi jest nie tylko troskliwość o nas (między duchami bywają i złośliwe, które by może chętnie nam szkodziły), ale także poczucie własnej, strasznej odpowiedzialności, bo według powszechnie znanego podania, duch odpowiada za życie osoby, której się pokazuje, odpowiada jak żywy człowiek i śmierć tej osoby, sprawiona nieopatrznym spotkaniem, jest mu poczytana za proste zabójstwo. A jednak duchy nieraz pragną nas widzieć! Jak my tęsknimy do nich, tak one tęsknią do nas; lubią odwiedzać miejsca, gdzie dawniej mieszkały; toteż krążą pomiędzy nami, ale ostrożnie, biorąc się na różne sposoby i wybiegi. I tak najczęściej przychodzą w nocy.