— Rzeczywiście — odparł z głębokim przekonaniem pan Cezary — są to przedmioty groźne, a ja muszę chyba mieć bardzo mocną głowę, kiedy pomimo tyloletniego przebywania w tych zawrotnych sferach zachowałem jeszcze dzięki Bogu równowagę umysłu.

Moja towarzyszka rzuciła mi uśmieszek wyraźnie znaczący: No, już jeżeli ten zachował równowagę umysłu, to nie wiem, kto ją stracił?

W obawie, aby uśmieszek nie popsuł harmonii, zagadałam pana Cezarego innym zwrotem rozmowy:

— To jednak rzecz dziwna, że Hallucini, wtajemniczywszy pana we wszystkie swoje wyobrażenia, we wszystkie nadzieje, odmawiał panu tak uporczywie praktycznego klucza tej wiedzy?

— Wierz mi, pani, miał szczerą ochotę powierzyć mi wszystko, ale bał się mojej... jakby to powiedzieć? Bał się szlachetności, którą zawsze pragnąłem łączyć z nauką. Nieraz mówił mi: „Jeszcze nie możesz zostać prawdziwym adeptem, bo jeszcze z serca jesteś dzieckiem. Po prostu jesteś za dobry. Chciałbyś wszystkim dzielić się ze wszystkimi, a tego nie można — wszędzie muszą być stopnie, musi być hierarchia. Najwyższa mądrość nie dla gawiedzi. Jeśli chcesz wejść między wybranych, musisz trzymać z nami... i wyłącznie z nami...”

— Przepraszam pana — zawołałam — jednej rzeczy nie mogę zrozumieć. Ze wszystkich rysów tego portretu widzę jasno, że Hallucini był, co się nazywa, niedobrym człowiekiem. Otóż to mię niesłychanie dziwi. Mąż obdarzony tak ogromną nauką, szczęśliwiec, który twierdzi, że obcuje z duchami, że ma dotykalne dowody na życie zagrobowe, ach, zdawałoby się, że taki człowiek powinien być lepszy od innych?

— O, pani, to niekoniecznie. Owoc z drzewa wiadomości może pójść równie na zdrowie, jak na zgubę duszy. Wiedza jest władzą czysto bierną, której można użyć tak na złe, jak na dobre. Toteż starożytność zawsze rozróżniała magię czarną od białej. Czytaj pani mistyków, a wykażą ci, jak siły piekielne umieją doskonale naśladować i przedrzeźniać działanie sił niebieskich. Hierofanci egipscy walczyli z Mojżeszem, Szymon Magik walczył z Apostołami. Wprawdzie dobra siła w końcu zwycięża, ale nim ten koniec na dejdzie, tymczasem zła siła nacieszy się i obłowi, i wielu przekłada tryumf natychmiastowy choć nietrwały nad ów tryumf wieczny, lecz daleki. Tacy trzymają się zdania, że lepszy wróbel w garści niżeli trzy na dachu. Faust albo Twardowski są właśnie upoetyzowanym typem takich ludzi. A w naszym czasie czyż się nie dzieje podobnie? Weźmy uczonego, co używa rozumu na wydoskonalenie armaty albo jakich innych zabójczych narzędzi; gotów on sprawić niesłychane dziwy, na przykład, że będą się piorunowały dwa wojska, które się nawet nie widzą, dojdzie do skutków prawdziwie magicznych, ale to będzie czarna magia. Może i on potrzebny, może i on mimowiednie Boskim planom służy, nie twierdzę zresztą, aby to wszystko czynił z nienawiści do ludzi, nie można jednak powiedzieć, aby działał z miłości, ani nazwać jego dzieła chwalebnym. Byłoby lepiej, gdyby użył tego samego rozumu na wydoskonalenie jakiej machiny przemysłowej albo przyrządu chirurgicznego do gojenia ran. Ale nie, on woli robić armatę, albo karabin, a dlaczego? Bo to dziś najwięcej popłaca, najwięcej daje znaczenia. Zawsze historia Fausta, zawsze sprzedawanie wieczności za doczesną korzyść.

— Masz pan zupełną słuszność — odparłam — wiem już teraz, do jakiego rzędu mędrców zaliczyć Halluciniego. Ale im lepiej go rozumiem, tym trudniej mi pojąć, jak człowiek pełen pychy mógł pozwolić, aby jego sława razem z nim zaginęła? Że też przed samą śmiercią, choćby przez ambicję, nie pomyślał o przekazaniu potomności swoich wynalazków i swego imienia? Szlachetność pańska, na którą za życia się uskarżał, w takiej chwili mogła mu właśnie służyć za rękojmię, że pan przykładnie wykonasz tę misję.

— Ach, pani, gdyby śmierć była się Halluciniemu objawiała powoli, pod kształtem długiej, ostrzegającej choroby, gdyby można było ją przewidzieć choćby na jeden dzień, na jedną godzinę pierwej, o! wtedy nie wątpię, jestem nawet pewien, że w ostatniej chwili byłby mi wyjawił swój sekret; ale rzeczy inaczej się obróciły... fatalny zbieg wypadków, jakby uderzenie piorunu, wszystko nagle zamieszał i zakończył. Ażeby wyjaśnić tę katastrofę, muszę wrócić do moich własnych dziejów.

Nasiedziawszy się w Paryżach i Londynach, Rzymach i Konstantynopolach, objechawszy Grecję, Palestynę i Egipt, zachciało nam się skał lodowych i zorzy północnej; zwiedziliśmy Szwecję i Norwegię, zajrzeli nawet do Szpicbergu108, a potem, spuszczając się znów ku sercu Europy, zawitaliśmy do Warszawy. To miasto od razu niezmiernie mi się podobało. Z czego? Nie umiałbym określić. Warszawa ma taki urok, jaki posiadają niektóre kobiety, co to nie są ani bardzo piękne, ani bogate, ani uczone, a przecięż więcej wabią niżeli wszystkie tamte. Nosi ona w sobie jakąś sprężynową moc oddziaływania, jakieś niby drożdże duchowe, które sprawiają, że w niej wszystko nieustannie się rusza i wyrasta, lekko, ale zawsze do góry. Już też było mi i tęskno do mowy rodzinnej, do towarzystwa ziomków. Postanowiłem tu pozostać, wstrzymywała mię tylko obawa, czy Halluciniemu spodoba się pobyt w pomniejszej stolicy? Przystał z gotowością, która mię aż zadziwiła; prawda, że miał koci dar przywiązywania się do każdego miejsca, a przy tym tu znalazł mieszkanie, na którym wielkie pokładał nadzieje. Trzeba paniom wiedzieć, że wszędzie, gdzieśmy dłużej bawili, wypytywał się o domy napiętnowane jakąś tajemniczą legendą. Nie ma miasta, co by nie posiadało pałacu, kamienicy albo dworku, o których starzy ludzie mówią, że tam się coś pokazuje, coś puka, coś chodzi. Otóż w takich to mieszkaniach profesor zwykle urządzał swoją naukową pracownię, twierdząc, że tam doświadczenia lepiej się udają, że tam łatwiej schwytać niepochwytne. Osobliwszy też miał dar wyszukiwania wszędzie takich domostw, i w Warszawie zaraz wynalazł ten dworek i ten oto pokój, gdzie panie siedzicie, a o którym także krążą niezwyczajne wieści.