Całe dni teraz siedziałem przed zwierciadłem, przechodząc przez nieopisane rozkosze, ale i nieopisane męczarnie. Kiedy się przeglądała w lustrze, wzrok jej padał wyraźnie na mnie, czułem ten wzrok, upajał mnie, byłem jej wdzięczny za to długie, długie spojrzenie. Ale po chwili spostrzegłem się, że to złuda, że ona patrzy na siebie, a nie na mnie, że ona mię nie widzi, a nawet nie wie o moim istnieniu. I już po całej radości. Nieraz ręce złożywszy, mówiłem do niej, zasyłałem rodzaj modlitwy: próżno! ani odpowiedzi, ani znaku porozumienia. Coraz bardziej zwalniałem bieg przyrządu, ażeby jak najdłużej przeciągać obrazy, pragnąłem z jej ruchów i zajęć odgadnąć jej charakter; pod miękkim rozpieszczeniem tej wiecznej zadumy, pod tą prawdziwie kreolską bezczynnością zdawało mi się, że dostrzegam cały wulkan uczuć, co przysypany kwiatami tylko czeka wybuchu. Całe dni patrzałem, całe noce marzyłem, aż po kilku tygodniach spojrzawszy w moją duszę, przeląkłem się kataklizmu, jaki po niej przeszedł — byłem innym człowiekiem, zakochałem się, jak Faust, ze zwierciadła.
Tylko ta miłość była natchniona nie przez piekło, ale przez najczystsze moce nieba, szlachetna i na wskroś poetyczna.
Ale jednocześnie z tym wielkim odkryciem uczułem także, iż w podobnym rozłączeniu dalej żyć nie potrafię; postanowiłem całą Warszawę do dna przewrócić, wszystkie jej domy zejść od piwnic aż do poddaszy, dopóki nie znajdę mojej wizji.
Zwierciadło oszczędziło mi tej pracy. Pewnego poranku, kiedy moja wróżka najprześliczniej włosy układa, wchodzi do niej groom112 ze srebrną tacką, na której podaje list. Moja piękność otwiera go i czyta, a tymczasem druga strona papieru, zwrócona do lustra, przedstawia mi najwyraźniej podpis; co prędzej zatrzymuję przyrząd, aby unieruchomić obraz, i odwróciwszy litery, czytam:
A Mademoiselle Felicia Merlin, Rue Warecka113 — był nawet i numer.
Wpół oszalały z radości, lecę na ulicę Warecką, do wskazanego domu. Pytam się stróża; ten z początku zaprzecza, mówi, że nie ma osoby z podobnym nazwiskiem. Ale kiedy nalegam, kiedy maluję starą damę wożoną na krześle, stróż przyznaje, że istotnie mieszka tu dama wpół paralityczka, co ma przy sobie pannę do towarzystwa. Może to ta, o którą pytam? Biegnę do rządcy domu, sprawdzam imię i nazwisko, pokazują się też same co na adresie listu.
Przez dwa dni krążyłem nieustannie wokoło kamienicy, zadzierałem głowę ku gankom i szybom, nic nie mogłem dojrzeć, wszystko było hermetycznie zasunięte muślinem. Przechodzący oglądali się za mną podejrzliwie, ja wciąż stałem, zawsze w nadziei, że ujrzę choć rękę, chociażby pierścień czarnych włosów. Drugiego dnia wieczorem los nagrodził moją wytrwałość: zajeżdża staroświecka landara, z bramy wytacza się chora dama, którą dwóch ludzi winduje do powozu, a za nią idzie... moje bóstwo! Jeszcze dziś ją widzę, w skromnej zielonej kapotce, której garnirowanie otaczało jej twarz obłoczkiem. Kiedy przechodziła, nie mogłem powstrzymać lekkiego wykrzyku; obejrzała się zdziwiona, spotkałem jej wzrok, ten sam wzrok... i od tej chwili pokochałem nie tylko jej postać, ale duszę.
Obie panie pojechały na spacer, a ja nie stałem już dalej na warcie, ale póty chodziłem pomiędzy znajomymi, aż znalazłem takiego, co u nich bywał, i ten w parę dni później przedstawił mię chorej damie; była to bardzo zacna matrona, wdowa po generale z napoleońskich czasów, która dla kuracji dużo podróżując, przywiozła sobie z zagranicy tę zachwycającą towarzyszkę. Kilka miesięcy przeleciało mi w tym domu jak gdyby jeden dzień świąteczny. Felicja była cicha i małomówna, ale jedno jej spojrzenie zawierało całe tomy, całe poemata, jedna sylaba z jej zaklętych ustek wydarta więcej znaczenia dla mnie miała niż najświetniejsze rozmowy innych kobiet.
Hallucini dostrzegł we mnie zmianę, którą zresztą nietrudno było dostrzec, i zaczął jak zwykle żarty stroić z księżycowych westchnień i marzeń. Ale ja na ten raz już mu nie dałem żartować, wybuchnąłem z uniesieniem prawdziwego uczucia, siliłem się na odmalowanie mego ideału, a gdy słuchał z szyderstwem i ciągłym niedowierzaniem, prosiłem, aby spojrzał w zwierciadło i powiedział mi, czy kiedy widział co równego? Długo nie chciał patrzeć, mówiąc, że on już nieciekawy, że wszystkie ładne kobiety sobie równe. Póty nalegałem, aż dał się namówić i spojrzał, raz jeden; spostrzegłem z podziwieniem, że się gwałtownie zaczerwienił, potem szybko odstąpił od zwierciadła i rzekł: „No, rzeczywiście niezwyczajna, ale o czym tu gadać? Ożenić się przecie nie ożenisz?” „A dlaczegóż nie miałbym się ożenić?”, zapytałem urażony jego despotycznym tonem.
Wtedy profesor zaczął mi przedstawiać, że małżeństwo byłoby dla mnie samobójstwem duchowym, że odciągnęłoby mnie od świętszych celów i poszukiwań, w których mogę się dosłużyć najwyższego kapłaństwa, że przywiązałoby mnie do ziemi i do tej fortuny, którą powinienem wyłącznie poświęcić nauce. To zakończenie ostatecznie mię oburzyło; pomyślałem sobie: Po co mi wracałeś tę fortunę, jeżeli chcesz mi ją całą pożreć i trzymać mię jak małoletniego w nieskończonej opiece?