Pierwszy to raz Hallucini mieszał się w moje postępowanie. Doprawdy, gdyby chciał mię namówić do tego małżeństwa, nie byłby mógł wziąć się na lepszy sposób. Postanowiłem, choćby na złość jemu, ożenić się, mieć wolę i raz przecię zakosztować szczęścia. Tegoż samego dnia jeszcze poszedłem się oświadczyć.
Po ludzku sądząc, byłem dla Felicji wielką partią. Z pocałowaniem ręki byłbym dostał niejedną pannę wysokiego rodu i imienia, a ona tymczasem była biedną sierotą, wychowaną bardzo pierwotnie w jakimś włoskim klasztorze i zmuszoną do pełnienia gorzkich obowiązków dame de compagnie114. Ale mnie to wszystko wówczas przez myśl nawet nie przeszło, szedłem ze drżeniem, wstydząc się mojej zuchwałości, nie przypuszczając, ażeby tak nadziemska istota raczyła aż do mnie zstąpić. Podziwienie pani generałowej na moje oświadczyny z początku mię przestraszyło, nie pochwyciłem jego prawdziwych powodów. Za to Felicja nie okazała ani wielkiego zdumienia, ani wielkiej radości; wprawdzie jej ogromne oczy zawsze wyrażały podziw, ale to był podziw dziecka, co z lepszych światów dostawszy się na ziemię, nie może jeszcze dobrze tej ziemi zrozumieć. Na moje najczulsze, najgorętsze wyrazy niewiele więcej odpowiadała niż w zwierciedle, ale kiedy się uśmiechnęła, kiedy swoją rękę pozwoliła mi ująć, stała się jeszcze bardziej zadumaną, jak Peri115, co sobie raj przypomina, i która z sobą odblask raju przynosi.
Małżeństwo moje narobiło wiele hałasu. Ludzie z początku dziwili się i przyganiali; ale kiedy żonę w świat wprowadziłem, kiedy piękność jej uderzyła wszystkie oczy jak słońce, przestano się dziwić, zaczęto zazdrościć. Bo też jej piękność teraz dopiero uwydatniła się w stosownym otoczeniu; ciemne suknie i zielone kapotki zastąpiłem całymi skrzyniami szalów tureckich, tkanek indyjskich, najświetniejszych klejnotów, które umiała nosić jakby urodzona królewna. Prowadziliśmy dom otwarty i chętnie uczęszczany, gdzie sam sprawiałem prawie wszystkie obowiązki, bo Felicja siedziała tylko w głębi, jakby jakieś bóstwo na ołtarzu. Już to wykształcenia, w znaczeniu światowym, trudno jej było przyznać, ale że mówiła mało ustami a dużo pięknością, wszyscy ją znajdowali rozumną. Miała przy tym jakiś cichy majestat, który sprawiał, że gdziekolwiek weszła, wszędzie mimo woli i mimo wiedzy stawała się pierwszą. A była nie tylko małomówną, ale i nieruchomą; rozmiłowana w haremowej bezczynności, nie mogła się nacieszyć, że ją wyzwoliłem od tych drobnych a żmudnych zajęć, do których niegdyś obowiązki ją przymuszały, nie mogła mi się dość nadziękować. A już co wdzięczną, to umiała być aż do rozrzewnienia; żeby też kiedy czego zażądała, o co się przymówiła, nigdy! a wszystko ją radowało, bawiło nieledwie po dziecinnemu.
Prawda, że i pod względem uczuć była istnym dzieckiem; nie znalazłem w niej tego wulkanu, który zapowiadał się z oczu, ale znalazłem stworzenie potulne, ślepo przywiązane, a w każdym razie najwygodniejszą żonę, jaką wymarzyć można. Bawić się? Dobrze. Siedzieć w domu? Jeszcze lepiej. Nigdy mię nie podejrzewała, nie śledziła, mogłem cały dzień jej nie widzieć, a przecież za powrotem nie zastałem ani wyrzutu, ani twarzy schmurzonej. Żeniąc się, byłem w obawie, co dalej pocznę z nauką, z mymi doświadczeniami, których nie chciałem porzucić, a nie mogłem ani też miałem prawa nikomu powierzać. Zgodny charakter Felicji od razu rozwiązał te trudności. Prosiłem, aby nie wchodziła do mego, jak nazywałem, chemicznego laboratorium, i nie tylko nigdy nie weszła, ale się nawet nie pytała ani próbowała odgadnąć, co się tam zawiera. Wolno mi było, ile tylko chciałem, przestawać z książkami i zwierciadłami. Felicja czekała, zawsze uśmiechnięta, zawsze jednakowa. Czy to była obojętność? Czy natura mistyczna, żyjąca wewnętrzną poezją? Po całych godzinach siedziała na otomance, bawiąc się jakim klejnotem lub trzymając książkę o nie rozciętych kartkach. Nieraz pytałem z podziwieniem, czy się tak nie nudzi? Odpowiadała: „Nigdy. Między ludźmi to czasem się nudzę, ale sama z sobą nigdy.” A kiedy po tysiąc razy rzucałem pytanie: „O czym się tak zamyśliłaś?” mówiła: „Sama nie wiem o czym...” Raz tylko, pamiętam, odpowiedź wypadła inaczej: „O czym? O kraju, w którym się rodziłam.” A kiedy wypytywałem, gdzie ten kraj leży, jak się nazywa, nie chciała odpowiedzieć i tylko oczy podniosła w niebo. Ach, ileż razy badałem ją, czy pamięta rodziców? Czy wie co o swoim pochodzeniu i dzieciństwie? Musiała albo rzeczywiście nie wiedzieć, albo mieć sobie srogo nakazaną tajemnicę, bo rozmowa najczęściej kończyła się na łzach jak u dziecka, aż nie chcąc jej dręczyć, zaniechałem pytań.
Hallucini przyjął wiadomość o moim ślubie ze wzburzeniem, które mi sprawiło wielką wewnętrzną radość; w tym wzburzeniu widziałem omylone rachuby, ukróconą tyranię i chciwie pasłem oczy tym widokiem. Niedługo jednak dał mi się nim cieszyć; bardzo prędko powrócił do równowagi i do naszych spokojnych, naukowych zatrudnień. Kiedy chciałem go poznajomić z moją żoną, odmówił stanowczo, tłumacząc się ironicznie, że „z damami wysokiego tonu nie umie rozmawiać”. Odmowa ta bardzo mi na rękę wypadła. Znając jego złe zasady i pogardliwy pogląd na kobiety, wolałem nie nalegać. Zostaliśmy więc w życzliwych, ale coraz rzadszych stosunkach; przychodził do mnie czasem, i to już bocznymi schodami, posiedział ze mną godzinkę w gabinecie i wymykał się, nie chcąc, aby moja żona jego cień nawet zobaczyła.
Co dziwniejszego paniom powiem: stał się daleko mniej wymagającym. Na przekorę wszelkim przewidywaniom zaczął mój grosz oszczędzać i cenić; ile razy dochód swój pobierał, to przychodził solennie mi dziękować i naddatków żadnych już nie żądał. Tą delikatnością podbił mię ostatecznie. Sądziłem, że wydoskonalił się duchowo, część zasługi przypisywałem własnemu wpływowi, a ta myśl koronowała szereg błogich wrażeń, którymi wówczas losy mię obsypywały z usłużnością doprawdy nieprzykładną na tym smutnym świecie. Wtedy wszystko w moim życiu składało się do zupełnej harmonii: kwitnące zdrowie i dobry stan majątku, pomyślność światowa i ciche szczęście w domu, miłość i nauka, serce i myśl rozpromieniona, wszystko szło razem, wszystko ręka w rękę, jak gdyby jakiś taniec zawodziło. Takich pięć lat przeżyłem. To były lata prawdziwie szczęśliwe, ach! może nadto szczęśliwe! Może na tej planecie nie wolno tylu słodyczy zakosztować bezkarnie? Już wówczas, jak sobie przypominam, doznawałem niekiedy obaw Polikratesa116, co czuje, że jakąś ofiarą będzie musiał okupić się Przeznaczeniu. Ach, nie trzeba mi było wyszukiwać tych ofiar, sam los przyszedł po nie, o cały dług upomniał się od razu jak u Joba, wszystko mi wydarł w jeden dzień!
Już w końcu piątego roku zauważyłem, że Halluciniemu wracają się napady złego humoru i goryczy. Raz wieczorem przyszedł do mnie rozgorączkowany, wszystkie drzwi pilnie pozamykał i po długim wstępie pełnym utyskiwań wyznał, że granice rozsądku, jakie sobie zakreślił, są nie do zniesienia, że pensja, którą mu wypłacam, nie wystarcza mu nawet na życie, a cóż dopiero na poszukiwania naukowe, potem ręczył, że w doświadczeniach jest już bliski najwyższych odkryć, ale na zbudowanie ostatecznego przyrządu trzeba mu jednorazowej, dosyć znacznej sumy, i z tych powodów podejmuje się odstąpić mi zwierciadlanego sekretu za pewnym wynagrodzeniem. Kiedy zapytałem, jak wysokie ma być to wynagrodzenie, zaśpiewał mi tak bajeczne sumy, że prawie cały mój majątek byłby w nich utonął. Rozśmiałem się z oburzeniem i prosiłem: niech sobie poszuka amatora bogatszego ode mnie, dosyć bogatego, aby po zapłaceniu sekretu miał przynajmniej o czym żyć dalej. Potem dodałem poważnie, że za kawalerskich czasów może byłbym się posunął do takiego szaleństwa, ale teraz, kiedy mam żonę, dom i obowiązki, choćbym chciał, już nie mogę rozporządzać całością mego mienia.
Ta odpowiedź wydaje się prostą i rozsądną, a jednak... może byłbym rozsądniej zrobił, nie słuchając rozsądku i zgadzając się na to żądanie? Majątek i tak się rozmarnował, a co bym wiedział, tobym wiedział. Trudno... już przepadło. Wtedy mi się zdawało, żem najlepiej robił.
Tu mówiący chwilkę się zadumał, a ja zadrżałam, bo pani Marta z nie tajonym zniecierpliwieniem ruszyła ramionami. Szczęściem pan Cezary nie dostrzegł tego ruchu i opowiadał dalej z wielomównością, której szybkość i głośność wzrastała w sposób troszkę niepokojący.
— Myślałem, że mój Hierofant obrazi się tą odmową. Gdzie tam! Wysłuchał, jakby na nią był przygotowany, przyznał, że czynię roztropnie, i zakończył głosem szyderczym: „Istotnie, może znajdzie się jaki inny amator... lepszy znawca własnej korzyści... W każdym razie nie będziesz mógł powiedzieć, że nie chciałem się z tobą dzielić mymi zdobyczami. Nie, to nie. Jeśli kiedy pożałujesz, sam sobie winę przypisz.”