I odszedł, nie tylko wesoły, ale tryumfujący, jak człowiek, co ma za pasem jeszcze inne zamiary.
Istotnie, po kilku tygodniach przyszedł z tymi innymi zamiarami. Ach! moje panie, wstydzę się nawet opowiedzieć wam, co wtedy słyszałem. Chciał mię wciągnąć w jakieś oszukańcze przedsięwzięcia, w tak zwane chantage117, co według niego miało nam napędzić huk pieniędzy; chciał za moje fundusze zakładać jakieś „biuro przepowiedni”, a co gorsza, jakąś „rewolwerową” gazetę, gdzie mieliśmy grozić ogłaszaniem skandalów podpatrzonych w zwierciadłach, od czego by się ludzie grubo musieli wykupować. Słuchałem w osłupieniu, a gdy skończył, zmieszałem go z błotem, tylko co za drzwi nie wypchnąłem. Wtedy roześmiał się dziwnie, rzucił mi się na szyję, wyznał, że to wszystko były próby moralne i że odtąd już nie będę mógł nigdy poskarżyć się na niego. To wytłumaczenie obraziło mię niemal jeszcze więcej niż początek; oświadczyłem sucho, że nie lubię, aby mię brano jak dziecko na próby, że ubliża mojej uczciwości, kto śmie ją próbować, i wiele, wiele innych rzeczy. Ale gdym nagadał i nagniewał się, a on wszystko strawił z uśmiechem, cóż miałem dalej robić? Bądź co bądź, był to zawsze ów dobroczyńca, któremu wdzięczność obiecałem do śmierci; nie mogłem z nim zrywać, tym bardziej że mi już nie dał powodów do zerwania, święcie dotrzymał słowa, od owego dnia już nigdy nie mogłem się na niego poskarżyć; pokorny, nie narzucający się i nic nie żądający, stał się nawet serdeczniejszym niż dawniej.
Pierwszy raz w stosunkach z nim odetchnąłem zupełną swobodą i ufnością; ale jednocześnie z tą ulgą pokazała się z innej strony niespodziana chmura.
Dziwne przeobrażenie dostrzegłem w mojej żonie.
Ta kobieta, dotąd niczego dla siebie nie pragnąca, ta cicha, skromna marzycielka stała się nagle Harpią niesytą upominków, klejnotów, a nade wszystko pieniędzy.
Z początku byłem szczęśliwy, że czegokolwiek żądała, że mogłem czymkolwiek sprawić jej przyjemność, ale te żądania przybrały wkrótce niezrozumiałe rozmiary. Gdybym ją był taką znalazł nazajutrz po ślubie, powiedziałbym sobie: Ha, trudno! Lubi zbytek, dobrze to wiedzieć i mieć się na ostrożności. Tymczasem nie — przez pięć lat przyzwyczaiła mię do innego o sobie pojęcia, purytańską bezinteresownością natchnęła mi cześć, której teraz boleśnie mi było się pozbywać. Mówiłem sobie, że ta nagła chciwość nie może pochodzić z jej charakteru, ale chyba z jakichś obcych wpływów. Kto na nią wpływał? Gdzie i kiedy? Nie mogłem ani zrozumieć, ani cienia domysłu schwycić, a jednak co dzień bardziej zmieniała się do niepoznania. Ona, dawniej taka pełna prostoty, samą prawdą żyjąca, teraz wszystko zdawała się obrachowywać; miewała napady ponurości i złego humoru, których dawniej nie znałem; wprawdzie jeszcze więcej było przymilań się i nadskakiwań, ale kiedy zobaczyłem, że tak zasępienia, jak pochlebstwa kończą się zawsze jakimś targiem, smutki jej przestały mię wzruszać, słodkie słówka przestały mię rozczulać, zacząłem ją spod oka badać i przekonałem się z podziwieniem, że to wszystko było wykonywane niezręcznie, jakby lekcja źle wyuczona, w której nawet nieraz biedne dziecko się zapominało. Dziś powiadam: biedne, dziś rozumiem, że i ona musiała męki przechodzić, ale wówczas nie mogłem nic rozumieć i nawet w przebłyskach jej boleści widziałem dowody jakiejś winy. Nieraz dostrzegłem, że patrzała na mnie ukradkiem jak gdyby z rzewną litością, a łzy stawały jej w oczach, nieraz rzuciwszy mi się nagle w objęcia, mówiła: „Przepraszam cię... przepraszam!” I nie chciała tłumaczyć, za co mnie przeprasza. Ja sobie powtarzałem: To chyba wyrzuty sumienia... jeszcze tyle jest niewinna, że się z nimi zdradza. I smutno mi się robiło — i gorzko. Kilka razy byłem dość okrutnym, ażeby powiedzieć: „Jakażeś dzisiaj czuła! Czy znów jaka petycja?” Dziwna rzecz! Takie słowa ją widocznie raniły, i krwawo, a jednak nie mogły jej wyleczyć i znów szło dalej wyłudzanie pieniędzy na wszelkie sposoby i we wszelkich kształtach.
Gdybym najmniejszą miał żyłkę do skąpstwa lub nawet oszczędności, nie dziwiłbym się niczemu; żona skąpca jest tak nieszczęśliwą istotą, że rozpacz może ją doprowadzić do nadużyć i podejść wyradzających się z każdej niewoli. Ale tu nie śniło się o niczym podobnym; jeżeli do czego byłem skłonny, to raczej do zbytniej hojności, zwłaszcza dla Felicji, toteż dręczyło mię nie żądanie funduszów, ale zagadkowe ich użycie. Gdzie się to wszystko podziewało? Bo w domu nie było żadnego przybytku. Przez pierwsze pięć lat wypłacałem jej z własnej woli bardzo sutą pensję, niby na stroje, chociaż nie miała potrzeby o nich myśleć, bo sam jej znosiłem tyle strojów, tyle przepychów, że niepodobna było już nie powiem zedrzeć, ale nawet przenosić wszystkich. Nigdy też nie spostrzegłem, aby kupiła cośkolwiek, choćby na owinięcie palca, ani dla samej siebie, ani tym mniej dla domu, bo zarząd całym domem należał do mnie, podjąłem się go od razu, chcąc ją zostawić jej słodkiemu far niente. Myślałem nieraz: Nie ma na co wydawać, niech sobie zbija kapitalik, i nigdy nie ośmieliłem się zadać najmniejszego pytania. Ale teraz, kiedy oprócz pensji, oprócz szalonych strojów zaczęła wymagać sum coraz okrąglejszych, ogarnął mię istotny, podziw. Jeszcze jednak nie mogłem się odważyć na żadną zmianę w postępowaniu; dawałem wszystko, co chciała, ile razy chciała, o nic się nie pytając i ciągle wyczekując na dobrowolne wyjaśnienia. Ale wyjaśnienia nigdy nie przychodziły. Felicja była coraz nienasyceńsza i coraz smutniejsza.
Po jakim roku zaczęły się odkrycia innego rodzaju. Ile razy na jaką zabawę chciałem, aby włożyła te lub owe klejnoty, zawsze mi odpowiadano, że są oddane do naprawy albo do przerobienia, i zawsze brakowało najpiękniejszych, a moja żona pokazywała się w samych wybiorkach. Najdroższe koronki wiecznie były w praniu, jeden szal turecki ogromnej wartości był nie do znalezienia, słowem takie dziwy się działy, że jednego dnia poprosiłem ją ze zdumieniem i żałością, aby mi wytłumaczyła, co to wszystko znaczy. Po długich łzach przyszło wyznanie, że wszystko to... sprzedała... dla tych, co potrzebują... że ona nie może... na żaden sposób nie może odmówić pomocy temu, który prosi...
Odpowiedź mię rozbroiła. Łagodnie ją strofowałem za taką nieoględną litość, przedstawiałem, że nie potrafię rokrocznie kupować jej nowych brylantów i koronek, i zakończyłem solenną prośbą, ażeby najbardziej potrzebujących do mnie odsyłała, a własnemu miłosierdziu położyła jakieś granice, choćby dla mojej spokojności.
Prośba nic nie pomogła. Po jakich dwóch latach już chodziła tak skromnie ubrana, tak sobie widocznie na wszystko żałowała, dochody rozpraszając w niewidzialny sposób, że mię brał wstyd przed światem i obawa, aby mię nie posądzono o sknerstwo.