— Nie wierzę w żadne zabobony ani głupstwa.
— A pani? — nalegał, zwróciwszy się do mnie.
Postawił mię w niemałym kłopocie. Wstyd mi trochę było pani Marty, a strach mi było jego zrazić, a przy tym... z ręką na sercu... nie mogłam powiedzieć, że w nic a nic nie wierzę...
Wzięłam się więc na odwagę i rzekłam:
— Ja państwu tylko to powiem: przed moim wyjazdem do Włoch śmiałam się z dżetattury, od powrotu z Włoch już się z niej nie śmieję.
Moja towarzyszka wzdrygnęła się i spojrzała na mnie prawie tak jak na pana Cezarego... Ale za to panu Cezaremu oblicze rozjaśniło się zwycięsko.
— Otóż to! — zawołał. — Dość jest odrobiny doświadczenia, aby się wyleczyć z tej ciemnej pychy, co kładzie brzydką ironię w usta... Kiedy pani byłaś we Włoszech i rozumiesz, do czego może dojść straszna potęga wzroku, wiedz pani, że bazyliszek jest to po prostu kogut, co ma dżetatturę.
Pomimo owego „po prostu” określenie wcale mi się nie wydało proste. Przy najlepszej woli ręce mi opadły. Cóż dopiero pani Marta! Zaczęła salopkę124 naciągać na ramiona, mówiąc półgłosem:
— A, na rany Boskie! Jakże tu dalej wytrzymać?
I już miała wstać, ale ja za rękę ją chwyciłam.