— Kochana pani, przypuśćmy... co to pani szkodzi przypuścić... na chwilę... że to prawda? Jam taka ciekawa końca tej historii!
Spojrzała na mnie z uśmiechem litości jak na dziecko, któremu się nie ma serca odmówić przysmaczka, i siadła na powrót, ale odtąd aż do chwili pożegnań już ust nie otworzyła i głowę ciągle od nas odwracała, patrząc ku drzwiom z upragnieniem. Ja zaś, jak to zwykle w takich razach się dzieje, dla zamalowania jej strasznego humoru stałam się dwakroć uprzejmiejsza.
— Łaskawy panie, mnie to bardzo zaciekawia... powiadasz więc pan, że to kogut, który... Ale najprzód, dlaczegóż kogut?
— Dlaczego? To jakbyś pani pytała się, dlaczego grzechotnik jest wężem? Jest nim, bo jest. Czy bazyliszek bywał zupełnie do naszych kogutów podobny, czy stanowił jaki odrębny gatunek, tej wątpliwości nie podejmuję się rozwiązać, bo sam go nie widziałem; ale wszystkie tradycje przedstawiają nam go jako ptaka, i to z kurzego rodu. Wprawdzie wyobraźnia przestraszonych pokoleń dodała do tego wizerunku pełno różnych cudactw i te nauka odrzuca jako naleciałości późniejsze, ale one nic nie dowodzą przeciw samemu podaniu. Wszak i historia pełna jest później dorobionych przystrojeń? Stare pieśni opowiadają szczegółowo, jako cesarz Karol Wielki zdobył grób Chrystusowy; dziś wiemy, że to bajka, że stopa jego nawet nie postała w Palestynie, a jednak z tej bajki nikt nie wyciągnie wniosku, aby Karol Wielki nigdy nie miał istnieć. Owszem, jest to jeden jeszcze dowód, jak mocno uderzył wyobraźnię narodów, kiedy na karb jego wielkości kładziono wszystko, co później po świecie działo się wielkiego. I tak bywa z każdym zjawiskiem. Jak dobrze mówi francuskie przysłowie: On ne prête qu’au riche125.
Tu pan Cezary znów otworzył księgę i czytał na wyrywki:
— „Bazyliszek, z greckiego basileus, król, od grzebyka na głowie, niby diademu... U starożytnych miał mieć ogon węża w górę zadarty, skrzydła nietoperza, ciało i głowę koguta, z narostem na głowie w kształcie korony, od której i nazwisko jego pochodzi. U nas postać jego przedstawiano, że był wielkości kury, z ogonem gadziny, szyją indyczą i żabimi oczyma. Wzrok miał tak morderczy, że na kogo spojrzał, ten padał nieżywy. Nawet kiedy się przejrzał, zabijał się własnym wzrokiem itd. itd...” Tu właśnie następuje anegdota o Janie Tauerze. Oto, jak panie widzicie, nie żądam, abyście wierzyły w nietoperze skrzydła albo żabie oczy, ale mam głębokie przekonanie, że między kurami trafiają się osobniki obdarzone siłą wzroku magnetyczną, elektryczną czy galwaniczną...
— Proszę pana, dlaczegóż tylko pomiędzy kurami? Czemuż inne zwierzęta nie mają tego wzroku?
— A niech mi pani powie, czemu dżetattura trafia się prawie wyłącznie na półwyspie włoskim? W innych krajach ludzie z urocznymi oczami są bardzo rzadcy. Pytanie nawet, czy wszyscy nie daliby się wywieść z jakich rodzin italskich? Wszelkie podania o tych oczach i sposobach odwrócenia ich wpływu rozeszły się pierwotnie z ksiąg etruskich126. Widocznie więc jest to zjawisko czysto fizjologiczne, pochodzące z klimatu i temperamentu. Według mnie jest to magnetyzm127 źle użyty, którym pewni ludzie są obdarzeni jak pewne węże, co umieją magnetyzować ptaszki, ażeby je pożreć.
— Przyznaję panu, że dżetattura może być nieprzyjemna, niezdrowa, nawet szkodliwa, jednak nigdy nie słyszałam, ażeby na miejscu zabijała?
— A wie pani, dlaczego? Bo cywilizacja przytępiła już w człowieku tę władzę, tak jak w nim przytępiła mnóstwo dziwnych instynktów, co pozostały nietknięte w zwierzętach. Pewien jestem, że człowiek z urocznymi oczami, wzięty w stanie zupełnie dzikim, potrafiłby zabijać wzrokiem. Teraz, po wiekach oświaty i uobyczajenia, wzrok ludzki dużo złagodniał; dziś nawet u najgorszego człowieka magnetyzm oczny zawsze jest okiełznany wolą i rozumem; ale włóżmy ten magnetyzm w oko bezmyślnego i rozżartego zwierzęcia, a ślepo uderzy, nie mierząc swego ciosu. Kur128 jest sławnym złośnikiem; uchodzi za symbol czujności, a ja bym go raczej obrał za symbol gniewu. Cóż łatwiejszego niż podżegnąć te stworzenia do najwyższej zapalczywości? Anglicy dziś jeszcze brzydko się bawią walkami biednych kogutów. Bardzo więc łatwo przypuścić, że były między nimi gatunki albo osobniki, które dosłownie piorunowały wzrokiem, tak na przykład jak... jak drętwa piorunuje dotknięciem. Wszak wiecie panie, co jest drętwa? Francuska la torpille, Linneuszowska Raja torpedo, gatunek ryb węgorzowatych, których uderzenie wstrząsa i ubezwładnia człowieka, a inne ryby na miejscu zabija. Aha! Widzę, że porównanie z torpedami zaczyna panią przekonywać. A czemu? Bo dotknąłem przedmiotu znanego i dowiedzionego. Gdyby drętwy należały do istot przedpotopowych, kopalnych, gdyby pisał o nich tylko Herodot albo Wójcicki, rzuciłabyś pani książkę, mówiąc: Ot, stary bajarz, plecie sam nie wie co. Ale że Raja torpedo należy do fauny żyjącej, to pani wierzysz i nawet nie bardzo się dziwisz, chociaż podług mnie drętwa jest równie zadziwiająca jak bazyliszek; jedno i drugie posiada w sobie rodzaj straszliwego stosu Volty129; cała różnica, że jedno go posiada w oku, a drugie pod płetwami.