— Istotnie, muszę przyznać, porównanie do drętwy uczyniło na mnie dość mocne wrażenie.
Byłabym jeszcze z godzinę chętnie rozprawiała o magnetyzmie wzroku i cudownych jego własnościach, ale widząc, jak pani Marta kręci się na ławce, jak chciwie ku drzwiom spogląda, ściągnęłam rozmowę na główny gościniec.
— Bardzo dobrze; już nie chcę panu przerywać przeczeniami ani pytaniami; wróćmy do owej zbroi, która mię niesłychanie zaciekawia. Czyżby to była ta sama?...
— A tak! Właśnie ta sama, która ocaliła życie Szlązakowi Tauerowi, a z nim razem nie wiem ilu warszawianom i warszawiankom.
— I jakże dostała się Halluciniemu?
— Najprostszym sposobem. Faktorowie130 warszawscy, wywiedziawszy się o naszym guście do zwierciadeł, znosili nam ich pełno, tak nowych, jak starych, nawet głównie stare, bo o te dbaliśmy najwięcej. Otóż pewnego razu handlarz przyniósł mu i te dziwne kawałki, znalezione pod strychem jednej z najstarszych kamienic Starego Miasta. Profesor wziął je z początku za prostą zabawkę, ale dostrzegłszy napis pomiarkował, co się święci, i za marny pieniądz kupił ten nieoceniony zabytek. Ach, bodajby nigdy nie był kupował! Człowiek ani wie, jak sam nieraz biegnie naprzeciw nieszczęściu. Biedny profesor tak się cieszył swoją zdobyczą! Tłumaczył mi jej prawdopodobne koleje: musiała być przechowywana w rodzinie Tauerów albo może i w magistracie miejskim, a teraz mogła stać się ozdobą jakiego muzeum. Ale wartość historyczna była wedle Halluciniego jeszcze najmniejszą jej zaletą.
„Ja, mówił, znajdę w niej inne skarby, stokroć drogocenniejsze. Rasa bazyliszków już widocznie wyginęła na świecie; ludzie póty je tępili, aż nie słychać już o nich. Dla bezpieczeństwa ludzkiego to lepiej, ale dla nauki to niepowetowana strata. Otóż ta zbroja przedstawia już ostatni i pewnie jedyny pod słońcem sposób sprawdzenia istności bazyliszka. Jeżeli legendy prawdę mówią, zwierciadło pokaże mi jego obraz, na żywe oczy zobaczę to, co już nigdzie nie istnieje, tylko w tym odbiciu; przekonam się, jak ów potwór wyglądał, i troszkę może nawet, jak spoglądał. Już studiuję wszystkie te lusterka od długich tygodni, ba! od całych miesięcy. Przeleciałem przeszło dwa wieki w tył; przegląd idzie szybko, bo dotąd mało było ciekawych widoków; zbroja leżała po strychach i salach, do których prawie nikt nie wchodził; ale teraz mi się wydaje, że jestem już bliski celu. Wystaw sobie, już widziałem ludzi w strojach z czasów Henryka Walezjusza; jeden krok jeszcze, a stanę w epoce Zygmunta Augusta. Lada dzień, lada chwila zobaczę scenę z Tauerem, a po niej zobaczę bazyliszka żywego!”
Zapał profesora i mnie z początku porwał. Jednak po chwili przyszła mi myśl przestraszająca: jeżeli wzrok bazyliszka odbity w zwierciedle mógł jego samego zabić, czyż i teraźniejsze jego odbicie nie groziło jeszcze niebezpieczeństwem dla widza?
Tu przerwałam panu Cezaremu:
— Czemuż nie położył ruty przed zwierciadłem? Przecież to wiadomy sposób. Ruta wyciąga cały jad z takich oczu. Onego czasu w Wilnie, kiedy bazyliszek wyglądał szczeliną z piwnicy zawalonej, rzucano do niej rutę; pierwsza wiązka zbielała i uschła, następne coraz mniej, aż gdy wydobyto wiązkę zupełnie świeżą, bazyliszek już był nieżywy.