Odważając się na tę czarnoksięską erudycję, przewidywałam, że wiele stracę w oczach pani Marty, która też spojrzała na mnie oczami mówiącymi: Jak to? I ty już zaczynasz? Ale za to ileż zyskałam w oczach pana Cezarego! Klasnął w ręce, wołając:
— Pani wiesz o tym? Ach, z panią aż miło mówić. Otóż przysięgam, ja mu słowo w słowo to samo radziłem, ale Hallucini odrzucił radę z pogardą, oświadczając, że chce widzieć wzrok bazyliszka żyjący i działający, a nie wyssany przez rutę. Potem tłumaczył mi bardzo obszernie sposoby, jakimi ma nadzieję uniknąć niebezpieczeństwa; najprzód — wedle niego — po trzech wiekach przerwy odbicie wzroku musiało dużo utracić na swojej sile, niejako zblaknąć i wywietrzeć. Po wtóre, samo rozłamanie promienia na tylu ściankach zwierciadlanych mogło tę siłę podzielić. Na koniec zapewnił mię, że nie narazi się na sam promień, ale będzie zaglądał z boku. „Przecież, mówił, i na piorun można patrzeć i nie zginąć od niego, byle się nie znaleźć pod samym piorunem.” Miał nawet zamiar położyć żywą żabę przed zwierciadłem i zobaczyć, co się z nią stanie. Gdyby wzrok działał morderczo, chciał unieruchomić obraz, potem zaprosić uczonych z całej Warszawy i powtórzyć przed nimi doświadczenie. „Toteż to dopiero, wołał, będzie się miasto trzęsło od tylu odkryć naraz!” Jednak w tych świetnych marzeniach nagle zwiesił głowę i biorąc mię za rękę, wyznał ze wzruszeniem, że jest inne niebezpieczeństwo, co go straszy więcej od samej śmierci... „Wzrok bazyliszka — pisze Valerianus — kiedy jest osłabiony i już nie może zabijać, wtedy jeszcze może człowieka pozbawić zmysłów.”
„O! to, wołał Hallucini, groźba gorsza od wszystkich... Ale trudno... Dla nauki trzeba się nieraz narazić; dla niej ludzie giną w pustyniach afrykańskich i lodach podbiegunowych. Jeżeli zginę albo rozum stracę, będę męczennikiem nauki, nie pierwszym i nie ostatnim.”
Przyznacie, panie, że ten zapał był piękny i szanowny, okupował niejedną wadę w profesorze. Toteż go słuchałem ze szczerym uwielbieniem. Gdyśmy w najlepsze rozprawiali, zapukano tu, do drzwi wejściowych. Uderzenia odzywały się lekko, ale w pewnych odstępach, jakby na umówiony sygnał, i jednocześnie głos kobiecy przeze drzwi zapytał: „Czy można?”
Słowa były proste, jednak wzdrygnąłem się na nie jakby na trąbę sądną. Ach, bo w tym głosie poznałem, a przynajmniej wydało mi się, że poznaję głos dobrze mi znajomy. Wiele innych kobiecych głosów mogło być do tego podobnych, mogłem się mylić, jednak coś szeptało mi, że się nie mylę... Głos drogiej osoby tak żywo drga w sercu, że można go rozpoznać między tysiącem innych.
Najlepiej było wstać i sprawdzić od razu domysł, ale ja skamieniałem. Są chwile, w których człowiek chciałby, powinien by otworzyć oczy, a zamyka je z trwogi, aby nie zobaczyć prawdy, może strasznej.
Hallucini tymczasem rzucił się ku drzwiom gwałtownie, odchyliwszy je nieco, zamienił kilka słów przytłumionych, z których tonu zmiarkowałem, że odpędza natrętne odwiedziny; zatrzasnął drzwi, suknia zaszeleściła po schodach, profesor wróciwszy do mnie śmiał się i utyskiwał na ciekawe damy, co mu nie dają spokoju, co go tu nawet w sanctuarium nauki nachodzą, żądając przepowiedni i sekretów piękności. Śmiał się i żartował, ale spod oka wciąż na mnie spoglądał; może chciał wymiarkować, czy domyślam się czego? A może tylko dziwił się mojej nagłej zmianie, bo musiałem być wielce pomieszany. Gdy na wszystkie sposoby usiłował dalej nawiązać rozmowę, gdy rozprawiał o zwierciadłach i bazyliszku, ja rozbierałem przypuszczenia, czy to ona, czy nie ona? Przecież Hallucini jej nie znał? Przecież stanowczo nie chciał się z nią poznać? I ona miałaby do niego przychodzić na tę nieznajomą uliczkę, do tej zaklętej pracowni? Czy i ona szuka jakich czarów?
Ostatecznie powiedziałem sobie, że pewnie mię słuch omylił, że to śmieszne złudzenie. Jednak nie mogłem już odzyskać wesołości i wyszedłem, prawie nie pożegnawszy gospodarza. Ach, gdybym wiedział, co nas czeka, byłbym się z nim przynajmniej pożegnał!
W domu zastałem Felicję dumającą jak zawsze na swojej otomance. Mieliśmy tego dnia u siebie wielki proszony obiad, goście zostali na cały wieczór; nie znalazłem ani chwili wolnej do rozmówienia się z Felicją; zresztą cóż tu powiedzieć? Czcze przypuszczenia, które mogła zbić jednym ruszeniem ramion. Śledziłem tylko ukradkiem jej rysy i ruchy: była zupełnie spokojna. Ta swoboda i mnie uspokoiła; jednak wpatrując się ciągle w jej twarz i postać, odkryłem rzecz dziwną: niejakie podobieństwo fizyczne między nią a Hallucinim, jakby pochodzili z tej samej rodziny, a przynajmniej z tego samego szczepu. Trudno wytłumaczyć, czemu to podobieństwo nigdy przedtem nie zwróciło mojej uwagi. Może z powodu, że nigdy ich obok siebie nie widziałem, nigdy ich w wyobrażeniu moim nie łączyłem. Owego dnia pierwszy raz w myśli ich zestawiwszy, spostrzegłem tę wspólność typu, niezaprzeczoną, choć bardzo daleką, bo Felicja przedstawiała wszystkie jego strony miękkie i urocze, a Hallucini przedstawiał stronę potężną i niemiłą.
To spostrzeżenie, choć samo przez się nic nie dowodzące, nabawiło mię nowego niepokoju; nazajutrz, jak tylko Felicja wyszła z domu, przeniosłem czarną zasłonę i skrzynkę do jej buduaru. Może źle robiłem? Ach, pewno, że źle. Kto chce za wiele widzieć, jak ten, co słucha pode drzwiami, najczęściej źle wychodzi na swojej ciekawości. Przez nią to może ściągnąłem cios najokropniejszy... Ale wówczas wydawało mi się, że mam zupełne do niej prawo, że mam nawet obowiązek wglądania w najskrytsze tajniki mego domu. Zresztą wmawiałem w siebie, że to jedyny środek na rozpędzenie czczych podejrzeń i utwierdzenie mojej wiary w Felicję.