Buduar jej pełen był zwierciadeł; jedno zwłaszcza, stojące, tak zwane Psyche, odbijało całą połowę pokoju, a z nią i otomankę, na której Felicja pół życia spędzała. Nastawiwszy przyrząd, spostrzegam ją niezadługo w lustrze, siedzącą na sofie i gorzko płaczącą; twarz ukryła w rękach, nie słyszę jej łkania, ale go się domyślam po konwulsyjnym ruchu, co wstrząsa tą prześliczną główką. Na ten widok rozrzewnienie chwyta mnie za serce, chciałbym przebić szklaną ścianę, pocieszyć ją, rzucić się do stóp jej, kiedy nagle... spostrzegam u tych stóp... kogo? Halluciniego! Klęczący u jej kolan, wyciąga ręce, jakby ją zaklinał i błagał, a ona z oczami chustką zakrytymi daje znak odmowny, ale taki słaby, taki już mdlejący! Odjęła chustkę od oczu, przemawia do niego z błagalnymi ruchami, jakby się tłumaczyła, jakby go przepraszała! Ach, byłbym dał resztę życia, aby usłyszeć jedno słowo, jeden odcień ich głosu! Co się ze mną działo, tego i nie próbuję opowiedzieć. Po chwili inna scena. Felicja wstała, z szafy dobywa puzderko, otwiera je i pokazuje Halluciniemu. W puzderku widzę garnitur szmaragdowy, który jej przed miesiącem dałem. Hallucini ogląda go, uśmiecha się, garnitur mu się widocznie podobał, bierze go i po prostu chowa do kieszeni. Nogi się pode mną zachwiały, jakby ziemia się rozstępowała; zasłoniłem oczy, nie mogąc dalej patrzeć... Więc to tam ginęły wszystkie moje klejnoty, wszystkie moje dostatki! Chciałem odepchnąć przyrząd, rozbić w pył zwierciadło... Krwawa ciekawość jeszcze raz kazała mi zajrzeć. Scena znowu się odmieniła, ale obecny obraz trudniejszy do wytłumaczenia: teraz Felicja klęczy u stóp Halluciniego, teraz ona załamuje ręce i błaga, i zaklina, co dziwniejsza, jego po rękach całuje z jakąś osobliwszą pokorą, a on wyraźnie czyni jej wyrzuty i odwraca się obrażony. W jednej chwili oboje znikli, pokój został pusty.
Nie mogłem dłużej ustać, siadłem trzęsąc się jak w febrze, rozumiejąc tylko to, że byłem haniebnie zdradzony.
Więc się znali? Widywali się tu, w moim domu? Przypomniałem sobie gwałtowny rumieniec Halluciniego, kiedym w zwierciedle pokazał mu Felicję. Widać, że wielkie, za wielkie sprawiła na nim wrażenie. Może jakiś czas bronił się od tych wrażeń, może przez uczciwość nie chciał się z nią poznawać; ale co potem zaszło? Gdzie się spotkali? Co ich zbliżyło?
Przystąpiłem raz jeszcze do otworu w zasłonie, chcąc wyczerpać kielich gorzkiej wiedzy, ale po chwili przyrząd zaczął warczeć i stanął. Pomimo nakręcania sprężyny nie chciał już nic pokazywać, bo zabrakło płynów i proszków, które stanowiły magiczną własność machiny, a które Hallucini co czas niejaki dolewał i dosypywał. Zgroza mnie wzięła na myśl, że bez współdziałania tego człowieka nie potrafię już nic zobaczyć, że nawet chcąc zbadać jego własne postępki, musiałbym do niego udać się o pomoc.
Wprawdzie po chwili powiedziałem sobie: A po co mi jeszcze badać? Czyż nie dość już zobaczyłem? I zacząłem sobie przypominać tysiące szczegółów, które mnie utwierdzały w moim przekonaniu. I tak, może przed rokiem, jednego razu przechodząc przez dom Roezlera spostrzegłem, jak Hallucini w bramie rozmawiał z jakimś człowiekiem, co na mój widok szybko umknął; umknął, jednak w nim poznałem owego niby Węgra, co niegdyś mi sprzedał zwierciadło Felicji; a gdym spytał profesora, skąd zna tego człowieka, odpowiedział mi spokojnie, że to jeden z faktorów, co mu dostarczają zwierciadeł. Odpowiedź ta wówczas mnie zadowoliła, ale dziś we wszystkim dostrzegałem dowody potajemnych stosunków. Przyszło mi na myśl, czy i Felicja nie jest Cyganką, nasłaną na mnie jako narzędzie obcej woli. Wszystko teraz przeciw niej się obracało; sam dziwny gatunek jej urody, osobliwsze rozmiłowanie w bezczynności, wszystko świadczyło za tym pochodzeniem.
Uczułem nie tylko rozpacz, ale wstyd na widok oszukaństwa, jakiego padłem ofiarą. Mówiłem sobie: Oto para intrygantów od lat całych wzięła mię w obroty, a ja dawałem się łudzić i wyzyskiwać! Jeszcze Hallucini... ten przynajmniej w przeszłości miał zasługi, ależ ona! ona! której wierzyłem jakby aniołowi z nieba!
Wprawdzie sceny podpatrzone w zwierciedle mogły ulec różnym tłumaczeniom. Gdyby w takiej chwili można mieć sąd jasny i rozwagę, byłbym zrozumiał, że ta dramatyczna rozmowa nie jest podobna do rozmów czułej pary. Sam zresztą wiek Halluciniego powinien był odwrócić podejrzenia; ale ten dziwny człowiek, pomimo liczby lat nieodgadnionej, posiadał jeszcze tyle szatańskiej potęgi i wymowy, jego włosy sztucznie czy prawdziwie krucze nadawały mu taki fałsz młodości, że mówiłem sobie: Kto wie? Na istotę mało wykształconą i dziecinną jak Felicja ten czarnoksiężnik mógł rzucić rodzaj uroku, rodzaj opętania, któremu uległa jakby duchowej dżetatturze. Zapłakałem nad nią i przekląłem godzinę, w której Hallucini zaszedł mi drogę jakby zły geniusz mego życia.
W tej chwili drzwi się otworzyły i Felicja, prawdziwa Felicja wbiegła w szalu i kapeluszu, wesoło wracająca z miasta. Zobaczywszy mię w swoim buduarze, z radosnym okrzykiem rzuciła mi się na szyję, a w tym ruchu było tyle szczerości, w jej twarzy tyle niewinności, że zawahałem się i głos w mojej duszy zawołał: Chyba zwierciadło skłamało.
Jednak wkrótce sama na nowo obudziła moje podejrzenia. Zobaczywszy czarną zasłonę i nastawiony przyrząd, odsunęła się wołając z oburzeniem:
„Cóż to? Już i tu wtargnąłeś z twoją zwierciadlaną machiną? Do mnie? To nieszlachetnie!”