Powiedzcie, panie, skąd jej ta ciągła myśl o jakimś ojcu, o którym nigdy przy zdrowych zmysłach nie mówiła? Nieraz, w krwawej omyłce, mnie brała za tego ojca, kląkłszy przede mną, całując mię po rękach, włócząc się u moich kolan (zupełnie jak w owej zwierciadlanej scenie), wołała z rozpaczą: „Ojcze! pozwól, abym powiedziała wszystko Cezaremu! On się nie obrazi... Zobaczysz, tobie niczego nie zbraknie... Ja od niego jeszcze więcej otrzymam niż dawniej... Tylko pozwól powiedzieć, bo w takim łudzeniu dalej żyć nie można, ja na niego spojrzeć nie śmiem.” A potem, zerwawszy się, z oburzeniem dodała: „Nie chcesz? Nie pozwalasz? Powiadasz, że nami pogardzi? A jeśli sam się domyśli albo dowie? O, wtedy jeszcze więcej pogardzi!”
Czasem zdawała się pamięcią sięgać w dawniejszą, przedślubną epokę; raz ją zastałem płaczącą i skarżącą się: „Pokazał mi go w zwierciedle, pozwolił mi go pokochać, a teraz mi nie pozwala nawet powiedzieć mu, kto jestem? Powiada, że on by się nie chciał żenić z córką Halluciniego. Czemu? Czyż to taka hańba? Nie, nie rozumiem, a jednak muszę przysiąc milczenie... muszę, inaczej mię za niego nie wyda. Ale co to będzie potem? Czy ja potrafię całe życie udawać?”
Wprawdzie te wszystkie wyznania, które ja tu jasno i porządkiem wypowiadam, u niej snuły się bezładnie, przeplatane wybuchami dziwactw i śmieszności. Inni słuchali ich z litośnym uśmiechem, nie widząc żadnego między nimi związku, ale ja dopatrywałem w nich połamane szczątki przeszłości i z przerażeniem gromadziłem je w sercu, aby z nich odbudować jej bolesne dzieje.
Hallucini w ciągu swego awanturniczego życia mógł ożenić się i owdowieć. (Może i nie raz jeden?) Później, kiedy strwonił fortunę, kiedy wszelkie środki już wyczerpał, kiedy mojej cierpliwości nadużył i czuł, że wymykam się spod jego wpływu, sprowadził pewnie córkę w zamiarze, aby przez nią ten wpływ odzyskać. A dobrze rozumiał, że dla dopięcia celu musi ukryć jej pochodzenie, bo istotnie... gdybym od początku był wiedział, czyją jest córką, nie wiem, czy by mnie odwaga nie była odbiegła... tak przesądnie bałem się tego człowieka. Ach, ja, żeniąc się, byłem pewien, że jemu na przekór czynię, że daję dowód silnej woli, a ja tylko spełniałem jego własne plany! Dlatego to on tak upornie odradzał mi owo małżeństwo... Aha! znał mój charakter, wiedział, że niczym bardziej do niego mię nie popchnie. A ów rumieniec zagadkowy to był rumieniec tryumfu! Pewien jestem, że to on podsunął owego faktora ze zwierciadłem, on ułożył scenę z listem, ażebym bez niczyjej pomocy, niby przypadkowo, znalazł adres Felicji. Zdaje się, że i jej musiał najprzód pokazać mój obraz w zwierciedle, a później, kiedyśmy się poznali, kiedy jej serce przemówiło, biedaczka przystała na wszelkie warunki ojca, byle połączyć się ze mną.
I nie ma co mówić, cały ten plan był bardzo mądrze osnuty. Hallucini i córce świetny los zapewnił, i mnie uszczęśliwił, i sobie otworzył nowe źródła dostatku. Wszystko szło dobrze, może aż do końca byłoby przeszło bez chmury, gdyby ten człowiek zdolny był zachować w swoich żądaniach jakąkolwiek miarę. Przez pierwsze lata jeszcze się wstrzymywał, ale im dalej, tym więcej wymagał. Córka wszystko mu oddawała, a nigdy mu nie mogła nastarczyć. Pewnie oburzał się na jej nieśmiałość, radził i uczył, jak mnie wyzyskiwać. Ach, co ona musiała wycierpieć! Teraz rozumiem jej milczenie, jej niewytłumaczone smutki. Jak jej musiała ciężyć ta wieczna tajemnica! A ojciec nie pozwalał i nie pozwalał na żadne zwierzenia, prawdę mówiąc nawet i nie mógł pozwolić; raz już zabrnąwszy w komedię, która się tak wybornie udała, lękał się popsuć wszystko niewczesnym wyznaniem.
Może i nie na próżno się lękał. Dziś, kiedy śmierć i tyle nieszczęść rozgrzeszyło go nieco w moich oczach, sądzę te wypadki spokojniej, ale wówczas, gdybym się był nagle przekonał, że zostałem, jak to mówią, „złapany”, nie wiem, czybym nie zerwał z ojcem i nie stracił serca do córki.
A byłoby to największą niesprawiedliwością, bo ona mnie kochała głęboko, prawdziwie, mnie tylko jednego kochała. O, na to bym przysiągł! Gdyby jej serce zamykało w sobie najmniejszy cień zdrady, byłby się ten cień objawił w czasie obłędu, wtedy kiedy wola już nie stoi na straży instynktów i myśli, byłby wystrzelił jakimś imieniem, jakimś wykrzyknikiem, tymczasem ona tylko o mnie mówiła, tylko mnie szukała.
Tak, szukała! A chociaż stałem jej na oczach, nigdy już nie mogła mię poznać. Kiedy jej mówiłem: „To ja, twój Cezary!” odpowiadała: „Nie żartuj ze mnie, coś ty za jeden? Jak ty śmiesz udawać Cezarego? On odjechał, on mnie wypędził, on zabił mego ojca za to, że ja mu nie powiedziałam prawdy. Jak ja mogłam powiedzieć, kiedy przysięgłam? Ale teraz powiem. O ja nieszczęśliwa! Gdzie mój Cezary?...” I uciekała ode mnie, szukając mnie i nawołując. Ach, to było rozdzierające! Owo uciekanie zaczęło nawet przybierać coraz groźniejsze rozmiary, niezadługo przeszło w zupełną nienawiść, jeszcze jeden dowód jej dawniejszego przywiązania, dowód straszny, ale wymowny, bo wiadomo, że obłąkani najmocniej nie cierpią tych, których niegdyś najbardziej kochali. Nieraz pamiętam, kiedym na nią wołał: „Felicjo, moja Felicjo!” odpowiadała żałośnie: No felice, ma infelice137.
Pan Cezary zasłonił ręką oczy i zamilkł.
Pani Marta na dobre zapięła salopę, po czym rzekła, wstając: