Wprawdzie... gdybym odkrył zagadkę zwierciadlaną, tajemnica ta wyszłaby na jaw, bo owa scena, oprócz dwóch osób, miała jeszcze inne świadki133: zwierciadła. Całe laboratorium było nimi obwieszone, one wszystko widziały, one mogłyby wszystko opowiedzieć; cóż, kiedy dotąd są to świadki nieme. Przechowałem je święcie, pilnując ich jak oka w głowie, pozbyłem się wszystkich rzeczy, byle nie stracić tych dokumentów. Patrzcie, panie, oto są te same zwierciadła, co wówczas tu wisiały, te same! I pomyśleć, że w nich odmalowana jest cała ta przygoda! Leży tu w szkle, jakby fotografia w zamkniętym albumie, tylko otworzyć, a wyjdzie świeża i żyjąca... a już tak mało trzeba mi do otworzenia!
Pan Cezary wstał i pościągawszy łatane opony134, ukazał nam szereg różnokształtnych zwierciadeł, a ja zadrżałam na myśl, co się w nich ukrywa.
— Już więc teraz nie będziecie się panie dziwiły, że tak namiętnie szukam klucza tej zagadki; pędzi mię nie tylko naukowa ciekawość, ale bolesna żądza zrozumienia mojej własnej przeszłości.
Tymczasem karmić się muszę samymi domysłami. Nie zastąpią one czystej prawdy; jednak, po długich latach dumania i rozumowania, wyciągnąłem z nich wnioski, które nieledwie mogą starczyć za pewność.
Z początku sądziłem, że to mój gniew, moje wyrzuty stały się powodem wszystkich nieszczęść, że Hallucini i Felicja, widząc się odkrytymi i zgubionymi, wpadli w rozpacz, co jego doprowadziła do samobójstwa, a ją do obłąkania. To przypuszczenie było tak straszne, że o mało i mnie samego nie pozbawiło zmysłów.
Ale nagle przypomniałem sobie bazyliszka i z tym przypomnieniem od razu wszystko się wytłumaczyło, wszystko stało się jak dzień jasne. Widocznie Hallucini dalej studiował zbroję i pomimo wszelkich swoich ostrożności trafił na wzrok potworu, który go spiorunował. Potwierdzało ten domysł nabrzmienie i sczernienie trupa, zwykły znak śmierci zadanej przez bazyliszka; potwierdzała i nieżywa żaba, którą znalazłem pomiędzy zwaliskami tej sceny, także odętą i prawie na węgiel spaloną. Biedny profesor stał się istotnie męczennikiem nauki.
Felicja, moja nieszczęsna Felicja wbiegła tam pewnie w chwili, kiedy już leżał martwy. Przerażona tym niepojętym widokiem, szukając bez wątpienia jego przyczyn, musiała oglądać się dokoła, musiała rzucić okiem i na zbroję, a w niej napotkać spojrzenie bazyliszka, co wpół wyczerpane, nie miało już dość mocy, aby zabić, ale jeszcze jej miało dosyć, aby odebrać rozum.
O, czemużem patrzał w tę przeklętą Psychę? — wołał pan Cezary, wskazując wysokie zwierciadło na nóżkach, co świeciło w kącie pokoju. Nie próżno ono się tak złowróżebnie135 nazywa! Sama historia greckiej Psychy uczy, że nigdy nie trzeba przemocą wglądać w cudzą duszę. Gdyby nie ta moja zazdrosna ciekawość, Felicja nie byłaby się tu znalazła w chwili katastrofy, żylibyśmy dotąd szczęśliwi, tym szczęśliwsi, że właśnie zbieg wypadków umożebniał jej wyznanie, rozwiązywał ją z przysięgi przez nagłą śmierć ojca... bo Hallucini musiał być jej ojcem.
Na twierdzenie to nie mam żadnych dowodów autentycznych, ale mam przekonanie wyciągnięte z tysiącznych wyrażeń i wykrzykników, jakie jej się wyrywały podczas obłąkania, a przekonanie takie, dla mnie, osobiście, posiada więcej wagi niż najwyraźniejsze dokumenta.
Ciągle powtarzała: Mio padre! Mio padre! Bo od chwili obłędu nie mówiła już innym językiem jak tylko włoskim, w którym pewnie była wychowana. Czasem wprawdzie używała także wyrażeń z jakiejś mowy nikomu nie znanej, ale może to były dźwięki bez żadnego znaczenia, dzikie utwory pomięszania136.