Tymczasem Felicja minęła się ze mną na schodach i nawet mię nie spostrzegłszy, uciekała przez sień na dziedziniec.

Chwilę zawahałem się, czy biec za nią, czy iść na górę. Druga chęć przemogła: chciałem spotkać Halluciniego i jeśli mam powiedzieć prawdę — zabić go na miejscu. Czemu? Jak? Anim132 wiedział; ta żądza ogarnęła mię ślepo i niosła bez namysłu.

Ale wpadłszy tu do pokoju zobaczyłem, że mię przeznaczenie uprzedziło. Hallucini leżał na podłodze nieżywy.

Ten widok nagle mię ostudził. Zacząłem się rozglądać. Nie miał na sobie żadnej rany, tylko był dziwnie nabrzmiały i czarny. Leżał na wznak, z rękami rozkrzyżowanymi, jak człowiek, co upadł z przodu uderzony. Już najmniejszego znaku życia nie mogłem się w nim doszukać.

W pokoju panował nieład trudny do wytłumaczenia. W głębi zbroja zwierciadlana, potłuczona w tysiączne kawałeczki, świeciła na ziemi wokoło połamanego manekina. Czarna tkanina, rozdarta, wisiała strzępami. Bliżej wszystko było przewrócone i porozbijane, skrzynka z magicznym przyrządem, szkatułki z płynami i proszkami, wszystko sypało się i płynęło.

Nie mogąc nic zrozumieć, wybiegłem za Felicją, sądziłem, że od niej dowiem się powodów nieszczęścia. Ale jakże ją zastałem! Biegała po ulicy, zrzuciwszy kapelusz, z rozwianymi włosami, załamując ręce i krzycząc jakimś głosem nieczłowieczym... A ludzie, powychodziwszy przed sienie i furtki, wołali z przestrachem: „Wariatka!”

Istotnie, kiedym ją dogonił, uchwycił za ręce i spojrzał jej w oczy, te oczy mię nie poznały. Felicja była obłąkaną.

Pan Cezary zamilkł i zwiesił głowę, a ja przerażona zapytałam:

— Na miłość Boską! Cóż się to stało? Co się tam porobiło?

— O pani! Chyba jakieś oczy patrzące z nieba mogły widzieć, co się tam stało. Z dwóch osób, które były jedynymi działaczami i świadkami tej sceny, jedna umarła, druga utraciła zmysły i tajemnica przepadła między nimi.