I była całkiem sama,

Kamila.

Coś w zaroślach

Ostry, poręczny kozik, czeluść wiadra pod zlewem

(uważać na głowę!), w której niknie kręty wątek

obierzyn, palce w ziemi i — chyba przez tę ziemię —

pokusa kaligrafii: obrać nie tracąc wątku,

wreszcie sumienie: nie obierać zbyt grubo,

bo właśnie pod skórką gromadzi się to dobre,

jakby chciało na zewnątrz.