Ale bo może nie wiecie, że szosy tutejsze nawet budową różnią się od naszych. Dzielą się na dwie części: zimową — kamienną i letnią — żwirowaną. Letnia zazwyczaj biegnie węższym pasem z boku i jest tak miękką i przyjemną dla koni, jak nasze polne drogi (gdy są w dobrym stanie). Toteż latem przeważnie ruch na tej miękkiej odbywa się połowie. Taki porządek rzeczy zaoszczędza koniom nóg i zapobiega zbytecznemu zużywaniu pięknej szosy zimowej. Idzie też ona równością o lepsze ze stołem. Czyż nie jest to proste, a jednak mądre i wysoce praktyczne?...
Taką to piękną jadąc drogą, weseli i orzeźwieni, witamy każdego przechodnia przyjętym tutaj powszechnie „dobry dzień waszeci”. Odpowiadają prawie bez wyjątku, „dziękuję waści”, a często z dodatkiem „a niech się tam waści dobrze jedzie”. A trzeba widzieć rozradowane i zdziwione jednocześnie twarze tych dobrych ludzi, gdy polskie powitanie z ust „bildowanych”25 ludzi usłyszą.
Domyślam się w tej chwili zdziwienia na twarzy czytelnika, bo nie wie, co to jest „człowiek bildowany”.
Bildowanym, w ustach ludu mazurskiego, jest każdy człowiek, mający pozory wykształcenia, to jest długi surdut, krawat, ładny kapelusz, a chociażby i koło (jakże się nieraz pod tym względem mylą!). Jegomość taki już po polsku nie zagada, bo właściwie „bildacja”, czyli wykształcenie na tym tutaj w pierwszym rzędzie polega, by mówić tylko po niemiecku.
Otóż lud cieszy się wszędzie z naszej mowy, nieraz zagaduje, słowem, sympatię na każdym okazuje kroku. Nie możemy tegoż samego powiedzieć o spotykanych dzieciach. Te młode latorośle mazurskiego rodu nauczono w szkole (a wszystkie chodzą do szkoły) wymawiać na powitanie niemieckie Guten Tag26. Chociaż czynią to z grzecznym ukłonem, razi nas to niezmiernie, bo niemczyzna tych dwóch słów uprzytomnia wpływ niemieckiej szkoły. Górnicy nasi z Dąbrowy używają także stale na powitanie niemieckiego hasła Glück auf27. Jest to więc tylko frazes, który się wymawia bez zastanowienia, wszakże sprawia przykre wrażenie. Za to grzeczność dzieci, a dla kolarza pewność, że nikt i nigdzie nie rzuci mu przyjętych u nas „lucyper”, „wariat” i innych epitetów, osładzają poniekąd gorycz powstałą z nieszczęsnego Guten Tag.
Ale oto i Wydminy przed nami.
Oko mojego towarzysza dostrzega nową, lecz smutną niespodziankę, bo zaczynający się pożar w miasteczku.
Pożar to mało znaczny i zapewne z murowanych budynków składającemu się miastu nieszkodliwy. Pomimo to, dojeżdżając, spotykamy tkliwe Niemki, wybiegające ze swych domostw z załamanymi rękami, wykrzykujące: Oh, mein Gott! Mein Gott!28. Więcej niż te wykrzykniki zastanawiają nas jedna za drugą mijające nas beczki na saniach, ciągnione parą koni, a sunące po wodę do pobliskiego jeziorka. W lecie, po zwykłej drodze, sanie! Toż to absurd? Po bliższym jednak zastanowieniu się znów przyznajemy rację takiemu zaprzęgowi.
Na takich saniach beczka stoi jednym dnem, podczas gdy drugie, zupełnie otwarte, daje możność szybkiego jej napełniania. Sanie zapobiegają wychlupywaniu wody podczas biegu i taniej kosztują, a para koni podczas pożaru zawsze takie sanie z jedną beczką łatwo uciągnie. Urządzenie to spotykaliśmy powszechnie po małych miasteczkach.
Przyjrzawszy się pracy ochotniczej straży ogniowej, która się z pożarem prędko w zarodku uporała, pojechaliśmy dalej, nie zatrzymując się, aż w Lecu, tym współzawodniku Ełku.